Polskie grudnie

Krzysztof Bąkała

Grudzień, miesiąc kojarzący się większości z nas z choinką, prezentami, ciepłem rodzinnym. Tak się jednak złożyło, że w najnowszej historii Polski, począwszy od 1970 roku, miesiąc ten kilkakrotnie zapisał się w inny, szczególny sposób.

1970

Wydarzenia mające miejsce w grudniu 1970 roku najlepiej zilustrują wspomnienia osób, które je przeżyły. Wartość tych źródeł jest nieoceniona. Wiele relacji dotyczących tych wydarzeń publikowanych było poza cenzurą w numerach 23/24/25 kwartalnika ,,Spotkania". Całość została również zebrana i wydana przez ,,Editions Spotkania" w Paryżu w publikacji zatytułowanej ,,Grudzień 1970". Dzieła dokonali historycy współpracujący z sekcją historyczną ,,Solidarności" powołaną w marcu 1981. Należy podkreślić, iż jeszcze przed sierpniem 1980 środowiska opozycyjne zajmowały się gromadzeniem materiałów dotyczących wydarzeń na Wybrzeżu w grudniu 1970. Dzięki tym wysiłkom dotychczasowi bezimienni bohaterowie dostarczyli historykom badającym najnowsze dzieje niezwykle cenne udokumentowane  źródło. Z poniższych relacji emanuje ogromny dramat bezsilności wobec przygniatającego systemu komunistycznego, ludzi doprowadzonych do ostateczności.  Wielki patriotyzm zwykłych ludzi. Troska o przyszłość własnej rodziny. Afirmacja godności ludzkiej i poczucie sprawiedliwości. Bezimienny szary tłum nie jest już dla nas anonimowy jawi się imiennym, prywatnym piekłem każdej jednostki wciągniętej bezpośrednio lub na skutek przypadku w wir wydarzeń. Ze względu na ograniczone możliwości wybrane relacje ilustrują tylko wydarzenia mające miejsce w Gdańsku. W kilku miejscach dokonałem skrótów, które jednak w żaden sposób nie mają wpływu na zniekształcenie całości relacji. Podkreślam, iż nie mniej dramatyczne sceny miały miejsce w Gdyni i Szczecinie. Na koniec można zadać pytanie - po co rozdrapywać wspomnienia? Odpowiedź jest jedna - Ofiarom ku pamięci, arogantom ku przestrodze.     

Czesław Siwek, pracownik radiowęzła zakładowego w Stoczni Gdańskiej - relacja z początku 1971 roku.

Podwyżka cen z dnia 12 grudnia była chyba tą przysłowiową iskrą na beczkę z prochem. Nieprzyjemne sceny działy się na zebraniach, na których odczytywany był w tej sprawie list KC. Były wypadki, że niektórzy z rozpaczy czy bezsilności płakali.

Zaczęło się wszystko 14-go, w poniedziałek, u nas w stoczni. Przed dyrekcją z rana zebrało się ponad 3000 ludzi, którzy żądali rozmowy z przedstawicielami KZ PZPR i dyrekcji. Z KZ PZPR i dyrekcji. Z KZ nikt się nie zjawił, zbagatelizowali wszystko. Próbował do ludzi przemówić dyrektor naczelny, ale co on mógł mimo najszczerszych chęci obiecać ludziom? O godz. 11 cała grupa wyszła na miasto i udała się pod KW, wzywając sekretarza Karkoszkę, aby wyjaśnił osobiście posunięcia naszych władz. W drodze do KW śpiewali ,,Międzynarodówkę", ,,My ze spalonych wsi, my z głodujących miast...". Na balkon KW wyszło kilku czerwonych pasibrzuchów, kacyków, którzy źle potraktowali stoczniowców. Powiedzieli, że ,,z warchołami i chuliganami rozmawiać nie będą". Zabrali ( stoczniowcy) sprzed KW milicyjny samochód z megafonami i wrócili w stronę stoczni, nawołując do powszechnego strajku. Przyłączyło się trochę ludzi ze Stoczni Północnej. Przyłączyła się część studentów. Cały czas z megafonów samochodowych rozlegały się nawoływania do strajku w dniu 15 grudnia. 15 grudnia miał być też zwołany przed KW ogólny wiec. Pochód szedł bardzo spokojnie, porządku pilnowali studenci i stoczniowcy z opaskami. Obok teatru we Wrzeszczu rozrabiało dwóch pijanych. Porządkowi zwinęli ich i odprowadzili milicjantom. Porządek był wzorowy. O godzinie 16 milicja usiłowała pałkami i gazem rozganiać pochód na moście Błędnik, już w Gdańsku. Kamienie zrobiły swoje, to milicja została rozgoniona. Wieść o strajku stoczniowców rozeszła się już po Trójmieście. Dołączyło kilkuset portowców i wszyscy przeszli sprzed KW na Targ Drzewny. Słychać było krzyki: ,,Chleba, mleka dla naszych dzieci", ,,Prasa kłamie". Tam właśnie rozegrana została druga walka na kamienie z jednej strony, a z drugiej pałki, gazy łzawiące i petardy. Trzeba przyznać, że ludzie na razie szybko nauczyli się odrzucać petardy. Tu na placu pokazali się po raz pierwszy ,,rycerze" - milicja z tarczami. Na to też ludzie znaleźli radę, jedni atakowali w nogi, inni w głowy i milicja ,,apiać" musiała zwiewać. Około 18 ogromny tłum ludzi powrócił pod KW. W gmachu był już pluton żołnierzy i kilku milicjantów, którzy zaczęli straszyć, że będą strzelać. To chyba najbardziej ludzi wzburzyło. Obrzucili KW kamieniami i usiłowali go podpalić, ale spaliły się tylko urządzenia drukarni w piwnicy.

Już w poniedziałek wieczorem zaczęło się rozbijanie i rabowanie sklepów. O tym zresztą też różnie się mówi, bo ci faceci, którzy rozbijali wystawy to nic nie brali, tylko szli dalej rozbijać. To mogła być prowokacja. Również w poniedziałek wieczorem władze nasze kazały wypuścić około 200 wychowanków domu poprawczego w Oliwie, ale chyba nie po to, aby pomagali demonstrantom. We wtorek strajkują już Stocznia Gdańska (nasza), Stocznia Północna, Gdańska Stocznia Remontowa i część załóg innych mniejszych zakładów. Stocznia Gdyńska też zaczęła strajk. Około godziny 7 przed naszą dyrekcją zebrało się 4000 ludzi i po pewnym czasie wyszli za bramę w stronę KW. Na ul. Świerczewskiego po jednej stronie ulicy jest MRN, po drugiej KM MO. Tam drogę zagrodzili milicjanci, ale zostali odepchnięci i pochowali się w budynku MRN i komendy. Tam właśnie padł pierwszy strzał do ludzi. Major milicji, który wyszedł z komendy, wyciągnął pistolet i strzelił w tłum, trafił naszego z W-4 w szyję. Jeden ze stoczniowców podskoczył do tego majora i rąbnął go kawałkiem kątownika w głowę. W następnej chwili z tego majora została prawie rozdeptana szmata. Wtedy zaczęło się na całego. Stoczniowcy, do których dołączyło dużo przechodniów opanowali częściowo i podpalili KM MO. Przed budynkiem spalono 6 samochodów milicyjnych. Przed godziną 9 tłumy ludzi liczyły już ponad 10.000 osób. O godzinie 9 próbowano podpalić KW. Udało się to dopiero około godz.10. Wychodzących z gmachu żołnierzy nie zaczepiano, a milicjantów i pracowników KW obronili stoczniowcy. W tym czasie, kiedy milicjanci ,,bohatersko" walczyli z demonstrantami, chuligani (ok.200) dalej rabowali sklepy, widziałem to na własne oczy. W nocy z 15 na 16 ( wtorek- środa) cały Gdańsk, a szczególnie stocznie i port obstawione zostały przez wojsko z czołgami i transporterami opancerzonymi. Żołnierzom powiedziano, że Niemcy palą Gdańsk, że w stoczni wylądowali niemieccy dywersanci i że wojsko jedzie bronić przed nimi naszej polskiej ludności.

Krzyże, Stocznia i Lenin. Pozostały krzyże...

Z tym właśnie przekonaniem i z takim nastawieniem ci młodzi żołnierze zjawili się w Gdańsku mając jednocześnie zakaz absolutny kontaktowania się, czy rozmawiania z kimkolwiek. Rano w środę, w drodze do stoczni - widziało się taki widok. Na ulicach Gdańska co kilkanaście metrów czołgi i transportery, na skrzyżowaniach i w ważniejszych miejscach po kilka takich pojazdów, natomiast stocznia nasza była obstawiona przez gęsty kordon żołnierzy, patrzących spod oka na każdego przechodzącego, następnie - szczelny wianuszek wszelkich pojazdów pancernych i gliniarzy. Do stoczni wpuścili nas jeszcze. Przed budynkiem dyrekcji zebrała się prawie cała załoga Około godziny 8 mała część zabranych - kilkaset osób - odeszła od budynku dyrekcji, udając się w stronę bramy wyjściowej. Przy bramie zatrzymali się i wtedy rozległy się strzały. Dwóch ludzi padło natychmiast, około 15 zostało rannych przybiegł stamtąd stoczniowiec i krzyczał płacząc: - Ludzie! Tam naszych kolegów mordują! Przez chwilę wszyscy stali jak sparaliżowani. Nie mogło się ludziom pomieścić w głowach, żeby nasze ludowe wojsko mogło strzelać do robotników, domagających się poszanowania jakichś podstawowych praw ludzkich. Kilka osób potem przemawiało do wojska i chyba żołnierze coś zrozumieli, bo około południa nastąpiła zmiana, przyszli nowi. Około 10 w stoczni powołany został Komitet Strajkowy i ogłoszony 24 - godzinny strajk okupacyjny. 

Wszyscy mieli siedzieć w swoich wydziałach, nie robić nic i nie wychodzić ze stoczni. W tym czasie działał Komitet Strajkowy, zbierał i segregował wszystkie zgłoszone przez ludzi żądania i postulaty, które miały być przekazane do naszych władz naczelnych tzn. do Warszawy tych postulatów zebrało się około 2000. szykowaliśmy się do spędzenia nocy w stoczni. Komitet Strajkowy, z którym współpracowałem od początku, powołał kilkusetosobową straż porządkową do pilnowania terenu i wszystkich obiektów. Od spokoju i porządku dużo zależało, w razie bowiem jakiegokolwiek zamieszania w stoczni, szumu czy czegoś innego, milicja i wojsko miałyby okazję wejść na nasz teren niby to w obronie przed sabotażem i zniszczeniem stoczni. Ponieważ w stoczni był idealny porządek, więc sami milicjanci, różnymi sposobami, starali się dostać do stoczni, narobić bałaganu i dać ten pretekst. Jeżeli tylko zjawił się ktoś podejrzany, zaraz zatrzymywano go, legitymowano i jeżeli był to tajniak, to won za bramę, jeżeli niepewny, to pod klucz do jakiegoś pustego pomieszczenia do wyjaśnienia. Próbowali różnymi sposobami, przeskakiwać poprzez ogrodzenie, przepływać kanał w aparatach tlenowych, próbowali nawet z helikopterów podpalić stocznię w nocy.

Nie wiedzieliśmy jednak jakie zagrażało nam niebezpieczeństwo. Kliszko już o godz. 22.30 w środę rwał się do telefonu, aby wydać rozkaz o wkroczeniu wojska i milicji do stoczni i siłą zaduszenia strajku. Tłumaczyli mu, że stoczniowcy będą się bronić i poleje się dużo krwi. Ten wariat podobno szalał, siłą trzymali go inni, aby nie wydał tego rozkazu. Ten bandyta powiedział, że zetrze stocznie z powierzchni ziemi, a bunt stoczniowców stłumi. Jednak do takiej tragedii nie doszło. Przed godzina 6 rano opuściliśmy stocznię i rozjechaliśmy się do domów. We czwartek 17 grudnia działalność stoczni została urzędowo zawieszona. Część wojska i milicji mogła pojechać na tłumienie strajku i demonstracji w Gdyni i tam z kolei mogła się ćwiczyć w strzelaniu do ludzi.

W Gdyni zaczęło się z kolei na całego. O tym napiszę albo porozmawiam innym razem. Napisałem ,,pijani milicjanci". To prawda. Byli nie tylko pijani, ale dawano im też środki dopingujące. Potwierdzili to lekarze ze szpitali, w których operowano rannych milicjantów. Operowani byli na żywca, ponieważ pod działaniem tych środków nie można było dawać im narkozy, no i rany podobno gorzej goją im się z tego powodu. Sprawa, kto strzelał do ludzi dotychczas nie jest wyjaśniona. Faktem jest, że strzelali ludzie w wojskowych mundurach, ale faktem też jest, że w koszarach przy ul. Słowackiego w wojskowe mundury przebrano kilkuset milicjantów.

Jeszcze kiedy był u nas Gierek, to tych przebierańców było jeszcze w koszarach około 600. Zajmowali cały jeden blok. Mówił mi to kolega, który ich widział na własne oczy. Po terenie koszar chodzili w mundurach wojskowych i w milicyjnych czapkach. Wyobraźcie sobie, że nawet z helikopterów polowali na ludzi. Np. w środę, 16 grudnia, helikopter ostrzelał u nas w stoczni grupę ludzi. Na szczęście trafili tylko jednego kolegę. W Stoczni Remontowej, obok nas ten sam helikopter zrzucał ulotki nawołujące do pracy. Kiedy grupa ludzi utworzyła się przy ulotkach, nadleciał drugi raz i zaczął strzelać. I tu na szczęście trafił tylko jedną osobę, kobietę, która otrzymała postrzał w ramię i w nogę. Na pamiątkę i na dowód tych ,,polowań" ludzie pozbierali łuski i pozbierali łuski i powygrzebywali z ziemi pociski...... .

Mieczysław Olszewski, pracownik Stoczni Gdańskiej im. Lenina - relacja z lipca 1981r.

Dnia 15 grudnia 1970 r. o godz. 8 funkcjonariusze MO usiłowali rozpędzić demonstrantów na ulicy Świerczewskiego pod budynkiem komendy MO.

Milicja zaatakowała od strony ulicy 3 Maja. Tłumy demonstrujących początkowo zaczęły się wycofywać w kierunku ul. Kartuskiej. Milicja używała gazów łzawiących, demonstranci kamieni itp. Kamienie i inne rzeczy pochodziły z rowu, wykopanego w tym okresie wzdłuż prezydium MRN i szpitala, jednocześnie demonstranci odrzucali granaty łzawiące. Ponieważ wiatr wiał od strony ul. Kartuskiej gazy łzawiące wracały w kierunku atakujących milicjantów. Milicji udało się chwilowo wyprzeć demonstrantów do ulicy Strzeleckiej. Przewaga liczebna tłumu i inne korzystne warunki pozwoliły rozbić szpaler funkcjonariuszy MO na kilkuosobowe grupy. W trakcie tych walk znalazłem się w odległości od 2 do 3 metrów przy czteroosobowej grupie milicjantów, skupionej w lewym rogu przy wejściu do prezydium MRN. W tym momencie byli odwróceni do nas tyłem, pochyleni do przodu i zwarci ciałami i hełmami (odniosłem wrażenie, że rozmawiają). W tym czasie z tyłu leciały na nich kamienie, które między innymi wybiły szyby w zamkniętych drzwiach do prezydium. Po krótkiej chwili jednocześnie odwrócili się z pistoletami w rękach skierowanymi w dół i górę i natychmiast, bez ostrzeżenia, oddali serię strzałów. Pistolety te były na uwięzi. Wcześniej nic nie wskazywało, że posiadają broń. Podczas padania strzałów poczułem uderzenie odprysków w nogi i z góry, odskoczyłem za filar i w tym momencie obok usłyszałem okrzyk: ,,Zabili człowieka!" oraz nawoływania w tłumie, ażeby przyjechała karetka pogotowia stojąca pod szpitalem. Ranny był postrzelony w szyję. Wydaje mi się, że był on w stoczniowym kasku, jak później słyszałem, zmarł w drodze do szpitala.

Sądzę, że twierdzenia w relacji z wypadków grudniowych, jakoby strzelano z tłumu do komendy MO, gdzie stwierdzono dziury w suficie i ścianie od pocisków, jest niesłuszne, ponieważ pociski wystrzelone przez milicjantów przy wejściu do prezydium, odbijały się rykoszetem od murowanego zadaszenia nad wejściem. Ślady wskazują, że były kierowane w kierunku budynku komendy. Kąt padania pocisków na zadaszenie był bardzo mały, wskazują na to długie ślady i w związku z tym nie wytracały dużo energii. Ślady od pocisków w zadaszeniu, mimo zagipsowania i zamalowania, są jeszcze dziś widoczne.

Henryk Pieturk, student Politechniki Gdańskiej - relacja z czerwca 1981 r.

W poniedziałek, było wczesne popołudnie, godzina gdzieś pierwsza, druga, wracaliśmy z zajęć. Na ulicy Grunwaldzkiej szedł pochód robotników ze stoczni z chorągwiami, którzy wykrzykiwali: ,,Precz z czerwoną burżuazją", ,,Precz z Gomułką", i szli w kierunku politechniki. Byłem zaszokowany, że słyszałem wtedy, w tamtych czasach - takie okrzyki. Było już ciemno, godzina 18 - 19. Z boku, spod hotelu ,,Monopol" wyjechały gaziki milicyjne z takimi jakby parawanami z drutu kolczastego z przodu. Jechały w kolumnie, bardzo dużo ich było. Zamykały dojście od strony dworca oraz domu prasy. Przez megafony oficer milicji wezwał ludzi do rozejścia się, ponieważ - w razie jeżeli się nie rozejdziemy - zostanie użyta siła. No więc oczywiście gwizdy, obrzucanie wyzwiskami tych milicjantów. Po paru minutach on znowu zaapelował, z tym, że już powiedział bardzo ostro: - Proszę się rozejść. Prosimy kobiety i dzieci o wyjście, ponieważ zostanie użyta siła. Tłum zaczął falować, ruszać się. No i po paru minutach nastąpił atak. Pierwszy atak, właśnie ze strony milicji. Poleciały jakieś rakiety, samochody zaczęły przeć w stronę tłumu. No i wtedy tłum zaczął się rozpierzchać na różne strony, samochody zostały zepchnięte z powrotem w kierunku parkingu. Pod dworcem milicja robiła drugą szarżę. Pamiętam tylko ,,Nyskę", która rozpędzona wjechała w tłum, przewróciła parę osób i wycofała się. Wtedy ludzie podskoczyli - tam jest koło dworca postój taksówek, stało parę, kazano kierowcom otwierać baki, zaczęto ściągać z nich benzynę, tak samo z samochodów ciężarowych - jakieś butelki, pojemniki .... I tłum zaczął rzucać kamieniami w stronę komitetu wojewódzkiego, skąd właśnie były te zmasowane ataki milicji. Ukazał się oddział potężnych drabów ubranych w jakieś mundury na pół wojskowe - nie pamiętam jakie, było ciemno - takich drągali z potężnymi pałami. Pamiętam ich kaski. Były takie jak wojenne, jak wojskowe, kaski z siatką. I pamiętam takie potężne, długie pały, to pamiętam. I że nie były to mundury typowo policyjne, szare. To były jakieś takie zielonkawe, być może moja reakcja nie jest wierna, ale tak to widziałem. Oczywiście ogólne zdenerwowanie, ludzie zaczęli uciekać w kierunku dworca, na perony i - przynajmniej dla mnie - ta akcja zakończyła się, jak zobaczyłem, że to wszystko zaczyna się już rozpadać. Pokazywano ( wieczorem) w telewizji jak to chuligani kradną na Rajskiej w ,,Delikatesach", jak to wszystko jest rozbijane, że straży pożarnej nie dopuszczają - takie różne historie, wyzywanie społeczeństwa od kontrrewolucjonistów, anarchistów, od chuliganów. Następnego dnia we wtorek, mieliśmy wykłady. Przerwano nam w południe. Studenci zebrali się przed gmachem politechniki. Rektor wyszedł i zaklinał na Pana Boga, na własne dzieci, żebyśmy się rozeszli, że przerywa zajęcia, że dostał meldunek, że jeżeli się za kilka minut nie rozejdziemy, to politechnika zostanie zaatakowana. Usłuchaliśmy tego wezwania i wyszliśmy za bramę. Wszyscy się skierowali w stronę Gdańska i piechotą szliśmy do dworca. Podbiegła do mnie dziewczyna z pistoletem - to był P - 64 - w kombinezonie takim stoczniowym, wcisnęła mi ten pistolet do ręki i mówi: - Chodź z nami! Nie wiem dlaczego zapytałem: - Czy masz naboje?. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Ona powiedziała: - Nie mam. Mówię : - No to co dalej?. No więc zabrała mi ten pistolet i pobiegła dalej.

W każdym razie dowiedziałem się wtedy, że są już ofiary, ludzie są postrzeleni, widziałem na drutach linii tramwajowych kawałki mundurów milicyjnych. Milicja atakowała strzelając z rakietnic czy pistoletów. Cofnąłem się na dworzec. Był smród, pełno dymu, szaro. I teraz taki moment: goni nas milicja w tych kaskach, z tymi dużymi pałami. Pamiętam moment, że uciekamy, a oni są tuz za nami. Uciekała również taka kobieta w futerku, lat trzydzieści parę. Pamiętam jak ja milicjant uderzył. Nie z góry - co jest normalne, gdy się kogoś goni - tylko takim perfidnym ruchem od dołu w nerki. Ją tak wygięło do przodu i oglądając się krzyknęła: - Uważaj!. Wtedy odruchowo się skuliłem, oglądnąłem się do tyłu i - tego nie zapomnę - zobaczyłem taka twarz, taką złą twarz, jaką się w snach widzi, i pałę, którą widziałem nad sobą. To było odruchowe - jestem dosyć dobrze zbudowany - tyle, ile miałem sił, tyle włożyłem i strzeliłem tego milicjanta łokciem i ręką tak, że się wywrócił. Wywrócił się i wtedy - znowu nie zapomnę - starsza pani, jakieś sześćdziesiąt parę lat, dla mnie staruszka, babcia, podleciała z kamieniem i tego milicjanta zaczęła tym kamieniem w głowę bić. Nie wiem, co było dalej. Po prostu zwierzęcy strach, uciekałem. W środę już czołgi obstawiły politechnikę. Tuż koło naszego akademika stał czołg siedzieli w nim żołnierze, bardzo spokojni zresztą, nie agresywni. Bardzo mi było głupio, do sam byłem świadkiem, jak do takiego żołnierza podszedł staruszek z laseczką i powiedział: - Synu, ty do mnie strzelasz, ja mógłbym być twoim ojcem - i płakał. I ten żołnierz też płakał. Siedział umorusany w tym hełmofonie i obydwaj sobie płakali.

Już było po zajściach. Poszliśmy do miasta z trzema kolegami popatrzeć. Zbliżaliśmy się do ulicy Świerczewskiego, gdy podszedł do nas milicjant, zatrzymał nas i poprosił o dowody. Nie miałem dowodu, miałem legitymację studencką, dałem mu ją. Schował i mówi : - Proszę ze mną. Poszliśmy na komendę na Świerczewskiego. Bardzo grzecznie szliśmy po ulicy. Kiedy doszliśmy, otworzył drzwi i wpuścił mnie jak dżentelmen pierwszego. I wtedy po prostu nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Latałem. Ja tam ważę swoje osiemdziesiąt parę kilo, ale miałem wrażenie, że latam w powietrzu. Odbijałem się od kogoś, ktoś mnie bił, popychał w jedną stronę, dostawałem uderzenie z drugiej strony i tak latałem. W końcu wpadłem do pomieszczenia na lewo. Do takiej dużej sali, gdzie była podłoga taka ropowana, a może nadpalona, bo był smród spalenizny. Ściany też takie pobrudzone, szare i kraty na oknach. I tam wleciałem, zostałem wepchnięty. Nawet bólu nie czułem, bo w tych momentach to się bólu nie czuje, wiem tylko, że oberwałem kilkanaście razy zdrowo. Wpadłem tam i włosy mi się zjeżyły. Potężna sala i klęczący ludzie, jak na filmach z drugiej wojny światowej. Wszyscy klęczeli. Mnie też pchnięto na twarz - padłem na kolana. Klęczałem. Byłem tak na 1/3 sali. Za mną jeszcze wpadali ludzie. I pamiętam, było trzech ,,dżentelmenów" w cywilnych strojach i oficerkach, w skórzanych kurtkach. Przechadzali się wśród tych klęczących osób - i bili. Pałami. Taka pałka przywiązana do ręki, żeby nie wypadała. Miałem głowę spuszczoną, widziałem te buty, te buty, które tak szły, zatrzymywały się i to kończyło się wrzaskiem - i marzyłem, modliłem się, żeby te buty do mnie nie doszły i nie zatrzymały się. Obok mnie klęczał starszy mężczyzna, w wieku mojego ojca, siwa głowa. Przechodzący koło niego cywil uderzył go w głowę od tyłu, w potylicę, pałką z całej siły. I pamiętam, że ten mężczyzna nie krzyczał, tylko wydał z siebie taki szloch głęboki, taki kaszel, coś takiego. Pamiętam, jak popłynęły mu łzy z oczu, takie bezgłośne. Dla mnie to widok straszny, jak mężczyzna płacze. On płakał, a był w wieku mego ojca. Z prawej strony klęczał chłopak blondyn, chyba ze wsi, taki zdrowy chłopak. Cywil podszedł do niego: - Ty ze stoczni? - Tak. - Aha. No i zaczął go katować. W głowę, w plecy, w głowę, w plecy. Chłopak zaczął wyć.

Później, po tym wszystkim, po ,,pomożemy" i takich historiach, było zebranie na politechnice, chyba w ,,Kwadratowej". Był pan prokurator czy wiceprokurator wojewódzki. Były omawiane te sprawy trudne i była gadka, że studenci nie brali udziału. ,,Dziękujemy wam za postawę obywatelską, że nie daliście się sprowokować, że wykazaliście zdrowy rozsądek, takich ludzi potrzebujemy, jesteście nowym pokoleniem". Nie wytrzymałem, wstałem i zapytałem co będzie z tymi odpowiedzialnymi za katowanie ludzi. - A czy pan cos wie na ten temat? - Wiem, niech pan patrzy na moją głowę, ja tam byłem. - Tak? Obiecuję panu solennie - powiedział prokurator - że się tą sprawą zajmiemy i rozliczymy winnych, jeżeli to było nadużycie władzy. Do tej pory nikt mnie nie raczył zapytać. Zapisał to sobie oficjalnie. Było kilkuset świadków, łącznie z rektorem, który też spojrzał zdziwiony, bo nie wiedział, że wśród studentów też byli poszkodowani. Do tej pory nic.

Włodzimierz Ostrowski, pracownik Stoczni Gdańskiej im. Lenina - relacja z czerwca 1981 r.

Ustawiliśmy na placu dworcowym ,,Stara" 66 wojskowego i jeszcze jakiś samochód - nie pamiętam - w poprzek na te barykadę. Tak ... i już te czołgi jechały ...... Pamiętam człowieka, może nietrzeźwego, który z podniesionymi do góry rękoma chciał zatrzymać ten czołg (ja stałem dokładnie w miejscu latarni, tej latarni takiej betonowej, potężnej dworcowej, tam gdzie teraz jest przystanek autobusowy)... i pamiętam moment, że na ile ... 20, a może 10 metrów przed czołgiem człowiek ten odskakuje i ten czołg leci, leci, hamuje, chce ominąć tę barykadę, w jakiś tam sposób go szarpie. Następne czołgi już zwalniają bieg. Scoty - czołgi zwalniają bieg. Scoty - czołgi zwalniają bieg. I pamiętam jak dziś - tam przeprowadzono jakieś roboty kanalizacyjne - i była taka rura kanalizacyjna przeznaczona do wymiany, która została włożona miedzy gąsienice i czołg zaczął wirować w kółko - natychmiast na czołgu znaleźli się stoczniowcy. Nie wiadomo - jedni ich bili, drudzy im broń zabierali, a jeszcze inni ich całowali.... więc trudno było w tym momencie o jakąś ocenę tego, co się stało z tymi żołnierzami. W każdym razie jeden ze scotów został opanowany i tym scotem oni prawdopodobnie pojechali do stoczni - wiem, że ten scot pojechał do stoczni, uderzył w słup telegraficzny ( słyszałem o tym później) i do stoczni nie dojechał. Na dworcu....dworzec zaczął się już palić....

No i środa - najbardziej tragiczny dzień dla nas - godzina 7 rano. Wchodzimy z powrotem do stoczni, nie dogadując się z nikim. Nie otrzymując żadnych konkretnych informacji, żadnych konkretnych wiadomości. Zresztą wielu z nas było młodych i emocjonalnie podeszliśmy do całej spawy. Muszę obiektywnie przyznać, że wielu z nas było bardzo pobudliwych. Tak się rzecz w istocie miała. W momencie, kiedy byłem 100 metrów od bramy - a stocznia była otoczona przez kordon wojska i milicji - byłem gdzieś na wysokości starego szpitala stoczniowego, padła salwa. Słyszę świst rykoszetu i padam na ziemię, żeby nie otrzymać postrzału. I w tym momencie wiem i nie wiem co się stało. Boje się podnieść, odczołgałem się gdzieś na bok. Wszyscy pozostali, którzy byli przede mną i za mną zrobili to samo. Była to chwila potężna - nie wiadomo co robić, czy wstać, co się będzie działo dalej. Odczołgaliśmy się na bok i każdy powoli wychylał swoją głowę.... i pamiętam tylko tyle, że brama została zamknięta. Ci ludzie, którzy zostali ranni, natychmiast zostali przeniesieni do karetki, która tam stała. Mnóstwo krwi...

Pamiętam jeszcze taka sprawę, że kobieta, która miała akurat syna w wojsku, zdaje się w ,,niebieskich beretach", które to wojska właśnie nas oblegały - kobieta ta zaczęła przemawiać przez stoczniowy radiowęzeł, który był wystawiony w kierunku tych żołnierzy również - zaczęła przemawiać z wielkim rozgoryczeniem, z wielkim płaczem: - Że wy żołnierze otrzymaliście od nas broń, żeby nas bronić, i z tej broni do nas strzelacie". W ten sposób przemawiała do sumienia i do serc tych żołnierzy, którzy byli przecież naszymi braćmi, naszymi kolegami. Wielu spraw się wtedy, w tamtym okresie, nie rozumiało. Tak, jak już powiedziałem - tak jakby dwa państwa istniały, które były w konflikcie: robotnicy i warstwa, która posiadała w tym czasie siłę rozkazu.

Roman Detl, pracownik ZNTK w Gdańsku - relacja z listopada 1980 r.

Przebywałem w okolicach komitetu wojewódzkiego. W pewnym momencie widziałem szpaler ustawiających się milicjantów w bardzo młodym wieku, ubranych w panterki, z ogromnymi tarczami w lewej ręce, w kaskach na głowie i z pałkami milicyjnymi. Kiedy stanęli w szyku, takim zwartym, na całej długości jezdni przy komitecie wojewódzkim, ten zwarty szyk milicji zrobił miejsce, przejście, przez które przejechały dwie a może trzy karetki pogotowia na syrenie, i później te karetki w tłum się wmieszały. Kiedy ostatni samochód przejeżdżał, ten kordon milicji ruszył zwartym biegiem w kierunku tłumu, bijąc tłum pałkami. Tłum się rozpierzchł. Ja również z tych okolic pobiegłem w kierunku apteki kolejowej i tam obserwowałem.

!!!

Odległość ode mnie do skwerku, na którym stał w tym czasie samotny jeden chłopak, wynosiła nie więcej jak długość jezdni. Na krawężniku stał jeden chłopak z tornistrem na plecach, miał tarczę szkolną na rękawie, mógł mieć nie więcej niż jedenaście lat, nie mógł być starszy. Po prostu wzrost jego wskazywał na to. Cofając się jeden z milicjantów podbiegł do stojącego na tym skwerku chłopca, i takim ruchem o 90 stopni od niego się obrócił, zrobił zamach - jak tenisista - i uderzył pałką dziecko w podbródek. To dziecko padło jak ścięte, jakby się grzyb ścinało. Padło to dziecko nieruchomo i nie twarzą do ziemi padło, tylko wydawało się po uderzeniu, jakby jakiś ciężar mu na plecy załadowano i on na wznak się przewrócił. Oprawca spojrzał na swoją ofiarę i buciorem stanął mu na szyi, tu gdzie przed sekundami uderzył go pałką. 

Stanął całym ciężarem, lewą nogą stanął mu na szyi i wzdłuż głowy to dziecko godził. Ile razy on mógł to dziecko uderzyć? Może trzy, może cztery razy, bo więcej razy już nie zdążył. Tłum widząc co ta bestia robi, w pierwszej chwili rzucił kamieniem. Ja już się posuwałem razem z tłumem. Choćby ktoś tam nawet biernie stał, to musiał się posuwać, bo przez tłum był popychany. Milicjant został w pozycji takiej, jakby przykucniętej, bo ta jedna noga spoczywała na jego szyi, a drugą - oparty był na prawej nodze i prawą ręką trzymał tę pałkę wzdłuż główki dziecka. Głowa była kompletnie zalana krwią. To była jedna krew. Tam nie było możliwości stwierdzenia: oko, nos. Tam było zalane wszystko krwią. Kiedy pierwszy kamień ugodził go - on się zorientował, bo okrzyki były ,,morderca" - zrobił w tył zwrot i zaczął uciekać w kierunku zwartego tłumu. No, po prostu tłum opanował sytuację i spychał ten zwarty kordon tej milicji w kierunku kanału. Tak, że on starał się dobiec tam, ale już nie zdążył, gdyż kamień - dokładnie pół cegłówki to było, tak, pół cegłówki było, bo później na ten kamień żeśmy patrzyli wszyscy - ugodził go w kark. Kask mu się lekko przekręcił na głowie. On tylko zdążył pociągnąć za rzemień, który tu pod brodą jest, wyprostować ... Ale w tym miejscu było jeszcze ślisko, bo przed chwilą tam jeszcze stało masę ludzi, on się delikatnie potknął. W tym momencie ktoś dobiegł do niego i ugodził go ( to była śruba - pręt metalowy, gdzieś około 20 mm) identycznie jak on to dziecko uderzył w głowę, bardzo podobnie. Został uderzony również, no tam kilka osób było, które wykonały, wyrok od razu. Ja odczułem, że to był wyrok na bestii wykonany. To był zbrodniarz, który został ukarany właściwie. Ile trwało zanim przyjechało pogotowie? Bardzo krótko, bo do pogotowia kolejowego to będzie zaledwie jakieś 300 metrów. I ktoś to dziecko wziął na ręce. Każdy chciał temu dziecku pomóc, tu chusteczkę ktoś wyjmował, krzyk. Dwie kobiety dostały chyba szoku, złapały się za głowę, jedna: - Boże! Boże! Boże! Wołała, druga rozdzierała na sobie coś. Mężczyzna złapał to dziecko i trzymał na rękach. Przewrócił się. Czy go wypuścił z rąk... Ja w tej chwili już nawet nie jestem w stanie opowiedzieć. Na widok tego zmasakrowanego ciała - nie tylko głowa była zakrwawiona, krew sięgała mu do piersi - może na ten widok osoba, która trzymała go rękach zemdlała. Ten krzyk: - Dziecko, o Boże, za co! To są na pewno słowa, które pamiętam. To są przykre wspomnienia. Ja w tej chwili jestem też rozstrojony, nawet kiedy przypominam sobie ten widok. Nadjechało pogotowie. Wyszedł doktor. Znałem go z nazwiska, ponieważ ten lekarz mnie leczył. Kiedy wyszedł, był zdezorientowany. On widział jedno ciało, jedne zwłoki leżały tam, obok, na które pluto, pluli na tego mordercę, dosłownie pluli na niego - i płacz, lament nad tym dzieckiem. Lekarz podszedł do dziecka, wyjął coś w rodzaju opatrunku takiego, wytarł czoło, oczy wytarł dziecku, bo to było wszystko zakrwawione. To dziecko wówczas nóżkami w górę zostało, bo to ta krew spływała na czoło. Uniósł powieki temu dziecku, zajrzał.... Zawinięto dziecko w prześcieradło i położono na nosze przyniesione z karetki. Lekarz podszedł do tego mordercy, także wytarł mu twarz i zabrano go również na nosze. Przy oporze tłumu, tłum nie chciał pozwolić, żeby jednego i drugiego na tych samych noszach jeszcze zabrano. Wiem dokładnie, że lekarz powiedział, że jego obowiązkiem jest, bez względu na okoliczności, udzielić potrzebującemu pomocy. I to jakoś przemówiło do tego zbulwersowanego, gotującego się tłumu, to krótkie stwierdzenie, że on jest jednak lekarzem i musi udzielić każdemu pomocy. Też został zawinięty w prześcieradło. Losów dziecka i tego oprawcy do dzisiejszego dnia nie znam. To było we wtorek około godziny jedenastej. Jestem święcie przekonany, że to była pierwsza ofiara wtorku. Sądzę, że zaważyło to na tej grupie, która stała w okolicy KW, że dopuszczono się rozbicia gmachu KW. Mnie się zdaje osobiście, że do tego by nie doszło, ale ten tłum wiedzący, co się stało przed kilkoma sekundami, ruszył jak szalony. Każdy wiedział, że z tego gmachu, że stamtąd przyczyna tego zła wyszła na zewnątrz. Między czołówką tłumu, a gmachem komitetu wojewódzkiego była przestrzeń wolna. Ktoś z tłumu rozpoczął śpiewać ,,Jeszcze Polska nie zginęła". I kiedy śpiewano, budziło się coś....Przed chwilą każdy był jakimś lękiem przejęty. Mnie się wydawało, że wszystkie karabiny są we mnie wycelowane, taka podświadomość była po prostu, ale stałem. Tłum stał zwarty i śpiewał ,,Jeszcze Polska nie zginęła". I proszę sobie wyobrazić - kiedy przyszły słowa: ,,Marsz, marsz Dąbrowski", tłum jak na komendę poszedł do przodu. I wtenczas ja sobie zdawałem sprawę, jakie mocne są słowa w hymnie narodowym, że w tej chwilowej obojętności, z tego zrezygnowania..... tak, że tam ,,Jeszcze Polska nie zginęła", to nie jest takie mocne, ale wtenczas kiedy przyszło: ,,Marsz, marsz Dąbrowski", odczułem, ze to jest komenda, każdy czuł się jakby stanął twarzą w twarz z wrogiem i wszyscy jak na komendę poszli do przodu. Żeśmy uszli kilka kroków, zaledwie kilka kroków i wtenczas się dopiero zaczęła zemsta na gmachu KW. Teraz tak, proszę sobie wyobrazić, że tłum po tych pionowych ścianach drapał się do góry. To był widok niezapomniany. W sercu się budziło coś, jakby nadzieja jakaś. Bo to ,,Marsz, marsz Dąbrowski" powtarzano kilkakrotnie. To była reakcja tłumu. No, odśpiewano ,,Boże coś Polskę", ,,Międzynarodówkę" w tym czasie, ale ta grupa, która śpiewała hymn narodowy, to była jakby grupa ocalenia, tak każdy to czuł, tak przynajmniej ja to odczułem. Ja sobie zdawałem z tego sprawę - że jestem po stronie tej, która idzie i toleruje jakąś drogę do wolności. Tak to każdy odczuł. Tam nie było wokół mnie żadnej osoby pijanej, wszyscy trzeźwo patrzyli na sprawę. Jeden drugiemu zazdrościł, że nie mógł być blisko koło tego muru. Ja nie wiem, co w kogo wchodziło, ale każdy się starał, żeby być jak najbliżej, żeby chociaż odłamać coś, żeby chociaż szybę zbić....tak ja to przyjmowałem. Pamiętam, że zrywaliśmy te kamienie paznokciami jak się dało. Bólu nic się nie odczuwało. Dopiero na drugi dzień - patrzę, że mam ręce pokrwawione. Zdałem sobie dopiero sprawę, że ja drapałem właśnie bruk. To było przeżycie takiej wymowy jak patriotyzm. To było nakazem chwili, tak miałem postąpić, a nie inaczej.

1981

Od tragicznych wydarzeń na Wybrzeżu minęła niespełna dekada. Znów powiało od morza nadzieją. Najwymierniejszym tego efektem było podpisanie porozumień sierpniowych i powstanie ,,Solidarności". Wszystko przerwane zostało 13 grudnia 1981 roku. W odróżnieniu od spontanicznych i gwałtownych wydarzeń z grudnia 70 roku, stan wojenny był zaplanowaną i obliczoną na dłuższy okres czasu operacją. Różnie ocenia się jej głównego ,,bohatera" i wykonawcę - działającego z upoważnienia zaborcy sowieckiego - gen. Jaruzelskiego. Przez jednych lansowany jest na współczesnego ,,Konrada Wallenroda", inni postrzegają go jako krwawego zbrodniarza. Być może prawda leży gdzieś pośrodku. Generalnie zarówno ocena Jaruzelskiego, jak ocena decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego jest bardzo trudna.. Historyk nie musi lecz może interpretować. Musi jednak podawać rzeczywiste fakty. Tych - dotyczących kulisów stanu wojennego - jest jednak w dalszym ciągu  zbyt mało. Wciąż odkrywane są nowe. Wydaje się, iż ich ocenę należy pozostawić młodym historykom mogącym patrzeć na powyższe zagadnienia bez emocji, analizując jedynie fakty, co oczywiście w żaden sposób nie wiąże się z usprawiedliwieniem sprawców. Żadna jednak ocena  nie przywróci życia ofiarom. Zaś żadna interpretacja nie zwróci matkom, żonom i dzieciom przeżytych nerwów, niepewności i rozpaczy związanych ze śmiercią kogoś bliskiego, przedłużoną służbą wojskową, internowaniem, zatrzymaniem..... Piętno i szok po wprowadzeniu stanu wojennego w wielu przypadkach internowanie, inwigilacja milicji i innych służb ówczesnego aparatu władzy na zawsze odcisnęło się na psychice wszystkich, którzy w sposób bezpośredni lub pośrednio uczestniczyli w tych zdarzeniach. Najczęściej eksponowane są wydarzenia mające miejsce w dużych miastach. Jednak stan wojenny wprowadzony został na terenie całego kraju także w mniejszych miastach i  wioskach. Doskonałą ilustrację życia codziennego na tym właśnie terenie przedstawił ks. dr Zbigniew Skiełczyński. Oto obszerny fragment monografii jego autorstwa zatytułowanej ,,Stan wojenny w Łowiczu".

Boże Narodzenie 1981

Ostatnią wielką inwestycją łowicką w PRL był zakład... karny. Nie wypadało, aby więzienie mieściło się na końcu ulicy Lenina, więc dla potrzeb więziennictwa ustanowiona została ulica Wiejska. Wielu z tych, co siedzieli na Wiejskiej w Łowiczu, siedziało później na Wiejskiej w Warszawie.

Przed wiekami w Zwoleniu trzeba było przesłuchać złodzieja, ale miasto nie miało etatowego kata, więc burmistrz Zwolenia wysłał poselstwo do burmistrza Sandomierza, prosząc o wypożyczenie kata. Otrzymał odpowiedź: "Nie, trzymamy kata dla wygody naszych obywateli".

Zakład Karny w Łowiczu służy nie tylko dla wygody naszych obywateli. W stanie wojennym Zakład świadczył usługi "Solidarności". Był wówczas największym skupiskiem inteligencji w mieście.

Zabijali nadzieję

Jeszcze w listopadzie 1981 roku przyszło z kurii warszawskiej polecenie, aby ktoś z kolegiaty podjął się funkcji kapelana w więzieniu. Wikariusze wykręcali się brakiem doświadczenia w pracy z więźniami. Rzeczywiście, doświadczenia nikt nie miał, ponieważ kapelani przedwojenni wymarli. Padło więc na mnie, albowiem byłem już cztery lata kapelanem, wprawdzie zakonnic, ale byłem.

Nominację otrzymałem 12 grudnia 1981 roku; zanim nadeszła, wprowadzono stan wojenny. Chodziłem pod bramę, odpowiadano mi, że nominacja jest nieaktualna, teraz jest stan wojenny.

pierwszy dzień Bożego Narodzenia, na Mszy Św. o godzinie 9.00 zbierałem na tacę, a potem byłem w zakrystii, zaraz miałem rozdzielać komunię. Przez zakrystię przeszedł patrol wojskowy, aby się przed ołtarzem pomodlić, weszło również dwóch księży: ks. Andrzej Grefkowicz i ks. Andrzej Gałka z Warszawy; powiedzieli, że mają pozwolenie na odprawienie Mszy Św. dla internowanych w Łowiczu. Gdzie są internowani?

Powiedziałem "brackim" w zakrystii, aby przekazali Prałatowi, że pojechałem do więzienia Mszę Św. odprawiać. Jak podczas zabawy w "głuchy telefon" do Prałata doszła już groźna wiadomość. W zakrystii było uzbrojone wojsko i mnie zabrali do więzienia. Nawet wiedzieli za co! Za kazanie na pasterce.

Pojechaliśmy pod stalową bramę więzienia. Dzwonimy - w daszu" ukazało się oko "furtiana". Księża mu wyjaśniają, pokazują przez dziurkę pozwolenie.

- Naczelnika nie ma, zastępca też wyjechał na święta, nic z tego.

- Wołajcie oficera dyżurnego.

Nadszedł wreszcie oficer, o niczym nie wie, sprawa nieaktualna.

- Ależ my wczoraj uzyskaliśmy pozwolenie na dzień dzisiejszy, od generała Czesława Kiszczaka!

Do nas jeszcze rozkaz nie doszedł, nic nie wiemy. Niech księża pojadą do Skierniewic, jak Komenda Wojewódzka pozwoli, to wpuścimy.

- Nie mamy benzyny na dodatkową podróż, to wy dzwońcie, żadne telefony nie działają tylko wasze!

Poszedł dzwonić, aby się przekonać, że w Wigilię doszło do uzgodnień z generałami.

o godzinie czekania na wielkim mrozie, otworzyła się przed nami stalowa furtka i znaleźliśmy się w więzieniu. Okazało się, że wówczas internowanych było tylko siedemnastu. Siedzieli pod trzema celami, z nikim się widzieć nie mogli, ani widywać się między sobą. Strażnicy nie mogli ich przyprowadzić razem, bo dowiedzieliby się, kto jeszcze jest internowany!

rzygotowaliśmy ołtarz i wyprowadzono mieszkańców jednej celi. Ustawiono sześciu po jednej stronie ściany i - pilnujących ich klawiszy, tak aby nikt się do nich nie zbliżył. Chcieliśmy ich spowiadać.

- Nie wolno!

W społeczeństwie krążyły wówczas trwożne wieści co do ich losu. W Boże Narodzenie pozwolili na Mszę Św., ale czy ich jeszcze ktoś zobaczy? Skoro wojna, więc zaproponowałem księżom po łacinie, abyśmy udzielali im absolucji generalnej (bez indywidualnej spowiedzi). Tak odprawiliśmy trzy Msze Św., dla mieszkańców trzech celi. Zaskoczyliśmy pilnujących do nich dostępu klawiszy, gdy na przekazanie znaku pokoju podchodziliśmy do więźniów i kładliśmy im ręce na ramiona mówiąc: "Pokój Tobie"; wówczas oni w odpowiedzi szeptali swoje nazwisko. Po każdej Mszy Św. zapisywaliśmy zapamiętane nazwiska i listę tę księża powieźli do Warszawy.

Z czasem okazało się, że nie było to tylko świąteczne, jednorazowe pozwolenie, ale wtedy byli już stali kapelani, których liczba doszła do pięciu, a i internowanych przybyło do dwustu osób.

Czołgiści na plebanii

Niedziela 13 grudnia 1981 r. była dniem zwykłych, intensywnych zajęć w niedzielę adwentową. Pamiętam, że ubierając się rano włączyłem radio, a tu niespodziewany komunikat generała o stanie wojennym. Co to znaczy nie wiadomo, ale do południa kolejki ludzi do spowiedzi, msze, kazania. Dopiero po obiedzie miałem trochę czasu wolnego i wyszedłem czegoś się dowiedzieć.

W pobliskim ratuszu jakiś sztab wojenny. Zastałem zastępcę naczelnika Wojciecha Jefimko, pytam co to znaczy. On mi tłumaczy, że naczelnik wyszedł na obiad, na ten czas on ma władzę nad miastem. Podeszliśmy do okna. Widzisz tych trzech mężczyzn rozmawiających na rynku, mógłbym kazać im rozejść się.

Acha! To jest stan wojenny!

Niewiele się dowiedziałem, ale nikt wówczas nie wiedział, co to stan wojenny.

Niedługo po ogłoszeniu stanu wojennego ks. Wiesław Wiśniewski opowiadał mi, jak przeżył ten dzień. W Chruślinie kościół, plebania i kilka domów stoi przy pustej i ważnej drodze z Łęczycy. Rano śpiesząc do kościoła zobaczył przy kościele.. .czołg. Nie miał czasu oglądać pojazdów, którymi wierni do kościoła podjeżdżają.

Dopiero po sumie, gdy wracał na plebanię, wierni rozjechali się do domów, a czołg stoi. Zainteresował się, podszedł, ogląda a w czołgu skostniali z zimna żołnierze. Zaprosił ledwie żywych żołnierzy na plebanię, matce polecił dolać wody do zupy, bo ma niespodziewanych gości.

W cieple żołnierze wrócili do życia. Od nich dowiedział się, że jest stan wojenny, nocą przez Chruślin przejeżdżała kolumna czołgów z Jeleniej Góry do Ursusa, ich czołg zepsuł się. Powiedziano im, że za kolumną jedzie wóz remontowy, to zreperują. Proboszcz na resztkach benzyny pojechał do parafian z POM-u w Piotrowicach. Pomimo niedzieli zrobił im mobilizację, przyjechali, czołg naprawili i żołnierze mogli jechać dalej na wojnę z narodem.

Następnej nocy znów jechała kolumna czołgów. Rano na plebanię przyszło dwóch elewów oficerskiej szkoły. Ledwie żywych z zimna. Okazało się mieli rozkaz zatrzymywać ruch na skrzyżowaniu, a wsiąść w ostatni czołg o podanym numerze. Taki czołg nie nadjechał, może się popsuł. Proboszcz skostniałych elewów ratował grzanką wsadził pod pierzynę. Kiedy doszli do używania zamrożonego rozumu, włosy im stanęły dęba ze strachu. Mieli rozkaz stać na skrzyżowaniu, jest wojna, oni zeszli z posterunku i schowali się pod pierzynę proboszcza, będą rozstrzelani! Proboszcz odpalił trabanta i zawiózł ich na posterunek milicji, tam tylko była łączność, skąd mogli się zameldować swoim władzom

Dary dla internowanych

W początkach internowania pod celami nie było nic. Ani mydła, ani proszków, ani szczotki do mycia sedesu. Do picia służyły aluminiowe kubki, sczerniałe od brudu pokoleń kryminalistów. Kapelani internowanych, gdy się zorientowali w warunkach, zaraz poszli do naczelnika.

Naczelnik ręce rozłożył: - pieniądze mamy, ale nigdzie nie możemy kupić. Może Wy...? Po swojej linii...?

Natychmiast księża i katechetki przez dzieci apelowali po całym Łowiczu o zbiórkę. Błyskawicznie napływały stosy darów. W tym czasie byłem w domu u komendanta obozu dla internowanych. Wszedł z religii jego syn Wojtek z czwartej klasy i od progu woła: Tata, daj mydło dla internowanych, bo siostra kazała przynieść! I dał. Lata minęły i tenże Wojtek napisał pod moim kierunkiem pracę z historii o łowickim obozie dla internowanych.

Dopiero później zaczęły napływać dary z zagranicy. Sytuacja się odmieniła, wówczas klawisz, jak się dobrze sprawował, mógł dostać od internowanych paczkę kawy. Przy pierwszych darach było wielkie zdenerwowanie wśród oficerów. Tyle wysiłków wkładano, aby cały obóz utrzymać w tajemnicy, a tu przyszły imienne paczki na łowicki adres więzienia z numerem celi!

Wówczas zrobiono przemieszczenia w celach, aby zmylić wrogi wywiad. Nic nie pomogło, następne paczki przychodziły z nowymi numerami cel. Wtedy już machnięto ręką, a tylko mnie ostrzegano, że przy wyjściu będę miał kontrolę, czy jakiś wiadomości nie wynoszę. Nigdy kontroli nie miałem.

Kiedyś dobroczynne panie ze Szwajcarii pakowały paczki Czerwonego Krzyża i chyba długo zastanawiały się, co wysłać. Co jest najbardziej potrzebne? Polskie nazwiska nic im nie mówiły o płci. Co wymyśliły, to wysłały.

Łowiccy internowani dostali imienne paczki, a w każdej duże kartonowe pudło z damskimi uszczelkami higienicznymi. To nawet Urban pokazywał i komentował w telewizji, że żony na widzenia przychodzą z małymi paczuszkami, a wychodzą z wielkimi.

Początkowo kapelani wchodzili z wypchanymi kieszeniami, później z paczkami, a w końcu na teren więzienia wjeżdżali ciężarówkami, a naczelnik przydzielał Ľ

W początkach mojej posługi w więzieniu moi parafianie Ľłem w soboty po południu, internowani mieli msze w niedziele. Zauważyłem, że moi ministranci z organistą zawsze chodzą po ołtarz do internowanych, a po mszach odnoszą. Zacząłem ich buntować. Ołtarz zrobili więźniowie, jest nasz. Jeśli internowanym jest potrzebny, niech po niego przychodzą i później odnoszą. Tu ministranci wyjaśnili mi w czym rzecz.

- My tam chcemy chodzić! Okazało się, że kiedy we dwóch nieśli uroczyście ołtarz nakryty obrusem, a trzeci niósł dużą walizkę z paramentami, to wszystkie drzwi przed nimi otwierano bez żadnych kontroli. A pod ołtarzem przenosili kontrabandę. Więźniowie robili z pleksy piękne pamiątki dla internowanych: krzyżyki, znaczki, plakietki, a w zamian otrzymywali herbatę.

Ptaszęta słodkim kwileniem

W pierwszym, najsurowszym okresie internowanych pozbawiano jakiegokolwiek czytania, żadnych książek, nawet ,,Trybuny Ludu". Jaka to męka dla inteligencji obywać się bez czytania! To jakby trzymać Włochów bez wina!

Pierwsze książki wnieśli kapelani internowanych. Klawiszom wyjaśniali: skoro jest pozwolenie na Msze dla nich, to już w pozwoleniu mieści się dostęp do Pisma św. Jak jest Msza - to muszą być śpiewniki. Jak pod celami zjawiły się śpiewniki, to w każdej celi znalazł się ktoś, kto z nut uczył innych, gdy takiego brakło, słuchali melodii przez ścianę.

Sprawiło to wrażenie, że gen. Jaruzelski zorganizował dla polskiej inteligencji zamknięte rekolekcje. Nad żadnym klasztorem tyle pobożnych śpiewów się nie unosiło, co wówczas nad więzieniem.

Internowani, bez względu na osobiste religijne przekonania, gorliwie, całe tygodnie, choćby z nudów uczyli się pieśni religijnych. Kilka razy, w czasie wizyt biskupów mogłem słuchać tych śpiewów. Dwustu młodych mężczyzn, z wielkim zapałem, wyćwiczeni śpiewało np. Pieśni konfederatów, a echo zamierało powoli w więziennych korytarzach.

Moi parafianie Ľśpiewać. Więźniowie garnęli się na Mszę Św.; odprawiałem dwie, na które przychodziło po stu więźniów. Nie umieli ani modlić się, ani śpiewać, ministrantów dobierałem spośród bardziej interesujących się Kościołem (siedzieli za włamania do kościołów). Tak rozpocząłem naukę śpiewu. Więźniowie mieli wielki zapał, ja też, ale nie umiałem ich nauczyć najprostszych pieśni.

Kiedyś z innego więzienia przywieziono prawdziwego organistę. Na wolności żywo interesował się chórami, a szczególnie chórzystkami. Siedział, bo na alimenty nie wyrabiał. Ten dopiero nauczył więźniów śpiewu! Był już maj. Na koniec Mszy Św. organista zaczął: ,, Chwalcie łąki umajone ... ,, Rozbierałem się z szat liturgicznych i widziałem, jak stu opryszków z wielkim zapałem darło się:

,,Wdzięcznym strumyki mruczeniem, ptaszęta słodkim kwileniem".

Miejsce internowania

Pewnego upalnego lipcowego dnia 1982 roku siedziałem w pokoju z kierownikiem obozu dla internowanych. Wszedł kapral, przez więźniów podejrzewany o skłonności sadystyczne.

- Dobrze, że księdza widzę, bo mam skargę.

- Co się stało?

- Mam skargę na internowanych, oni są bez żadnej kultury! Oni wychodzą na Mszę w krótkich spodniach!

Sytuacja zrobiła się zabawna. Kierownik obozu parsknął śmiechem słysząc o troskach takiego klawisza. Więc kontynuuję dialog. Po pierwsze, to nie moja parafia, ja jestem od złodziei, a po drugie Pan jest wychowawcą, niechże ich wychowuje!

- Nie można ich wychować, ich nawet tknąć nie można!

- A co? Pan by ich chciał bić? Oni są niewinni, siedzą tylko za politykę. Gdy się ustrój zmieni, Pan będzie siedział i również nie będzie wolno Pana bić.

Tu kapral rozdarł się na mnie.

- Co? Ksiądz przewiduje zmianę ustroju!

- Tak. A Pan jest za socjalizmem?

- Tak!

- Zawsze Pan będzie za socjalizmem?

- Tak!

- Proszę Pana. Trzeba nie mieć pojęcia o marksizmie aby tak mówić.

Przyjdzie przecież po socjalizmie komunizm i my, nie związani z socjalizmem będziemy swobodnie żyć w komunizmie, a Pan, ze swoim przywiązaniem do socjalizmu, będzie wtedy wstecznikiem, wrogiem klasowym i będzie w więzieniu. Wówczas kapral zaczął myśleć. Długo to trwało i co wymyślił to powiedział:

- A ja i tak ,,Solidarność" mam w d...

Wówczas ja zareagowałem krzykiem:

- Cicho! Czy Pan wie co mówi? Przecież za to Pana wsadzą! Pan rozpowszechnia nieprawdziwe wiadomości o miejscu internowania!

Ślub i wesele w więzieniu

Raz tylko zdarzyło mi się być na weselu w czysto męskim gronie. Między piętrowymi łóżkami stał wąski więzienny stół, poplamiony przez pokolenia Ľdarów. Ks. biskup usiadł, internowani zaprosili na prawdziwą herbatę w musztardówce (od niedawna mieli już pozwolenie na szklane naczynia, nie brudne, aluminiowe kubki). Częstowali nas egzotycznymi owocami z puszek, wybornymi słodyczami jakich, my na wolności, nawet nie widzieliśmy. Oni tyle darów zza granicy dostawali, że po raz pierwszy w dziejach światowego więziennictwa był problem wysyłania paczek z więzienia do rodzin na wolności.

Kolęda w stanie wojennym

Po świętach Bożego Narodzenia jak zwykle rozpoczęliśmy chodzenie po kolędzie. Koledzy starali się przed godziną milicyjną być już w domu, bo nie honor było starać się o przepustkę. Ja godzinę milicyjną lekceważyłem.  Przez puste ulice Łowicza wracałem uroczyście w birecie, w komży pod paltem, z obrazkami w kieszeniach. Spotykane znudzone patrole milicyjne i wojskowe zachowywały się różnie, jedne salutowały, salutowałem do biretu, inne mówiły ,, Niech będzie pochwalony... .

Innym razem, na dalekich przedmieściach miasta, chodziłem po gęsto zabudowanej ulicy za zamkiem. Obawiałem się powrotu, słyszałem o jakiś napadach na pustych przestrzeniach przy moście i zamku. W kolejnym domu, w witającym mnie gospodarzu poznałem funkcjonariusza SB z osławionego IV wydziału do walki z Kościołem. Ten jednak był dobrym człowiekiem, na naszym terenie żadnego księdza nie utopił, jak jego koledzy z Warszawy, a pomógł mi szybko uzyskać paszport, rok wcześniej. Zaprosił na kolację. Zostało mi jeszcze sześć domów do końca, tam ludzie czekają, obiecałem dokończyć kolędę i wrócić na kolację.

Przy kolacji przynaglałem, że niedługo godzina milicyjna. On mnie uspakajał, ,,godzina milicyjna - to nasza godzina". Przeprowadzi mnie bezpiecznie do domu. Rzeczywiście, widziałem, jak coś ciężkiego wsunął do kieszeni na wypadek potrzeby egzorcyzmowania strachów koło zamku i swoje mocne papiery. Poszliśmy.  Na Podrzecznej koło straży idzie wojskowy patrol. Widzę, jak mój towarzysz sięga już do kieszeni po swoje papiery, ale żołnierze zasalutowali, powiedzieli ,,pochwalonego". Zatrzymałem się, rozdałem im obrazki kolędowe, któryś powiedział: Chyba u nas też ksiądz chodzi po kolędzie, a my tu musimy patrolować! Funkcjonariuszowi SB udało się, nie kontrolowali go, bo szedł z księdzem.

Imieniny

Pierwsze dni stanu wojennego budziły grozę. Przy kolegiacie jest budynek, w którym mieszkał organista, była kancelaria i dwie salki katechetyczne. Pewnego dnia do budynku wszedł patrol uzbrojonych ZOMO-wców pytając o organistę. Organiścina przytomnie powiedziała, że męża nie ma, gdzieś wyszedł.

- Przyjdziemy później.

- Organista był, gdy wyszli, wpadł przerażony do wikariuszy, a ksiądz poszedł do kancelarii. Patrol rzeczywiście niedługo wrócił. Okazało się, że jeden z ZOMO-wców miał być ojcem chrzestnym w czasie świąt, chciał podpisać akta, gdy i tak bez celu chodzi po mieście.

W takiej atmosferze nadeszły 17 marca moje imieniny. Zamówiłem u matki talerz kanapek, wykupiłem wódkę na kartki i po południu czekam. Nikogo na imieniny nie zapraszałem, bo to żałoba narodowa.

Ale na wszelki wypadek!

Filatelistykwa podziemna

Boże Ciało w Łowiczu 1982

Po południu zaczęli się schodzić goście z obu stron barykady. Każdego wchodzącego przedstawiałem: Mało co nie internowany ....b. naczelnik miasta .... opozycja .... komendant obozu dla internowanych .... opozycja .... historyk oficer MO .... opozycja ... II sekretarz partii.

Razem takiej mieszanki wedlowskiej zebrało się kilkanaście osób.  Jak w słynnej zagadce: jak przewieźć wilka, kozę i kapustę, aby się nie pozjadały. Goście po chwilowym zaskoczeniu przy drzwiach, po mojej prezentacji poczuli się swobodnie, wiedzieli kto po której jest stronie, a raczej na którą stronę los go rzucił. Po latach, ktoś z uczestników wspomniał jeszcze te imieniny, że to już wtedy był u mnie ,,okrągły stół". Zasiedzieliśmy się do godziny 23.00. Czas się rozchodzić, ale godzina milicyjna. Strona rządowa z mocnymi przepustkami, ofiarnie rozprowadzała po mieście opozycję.

Od wieków jeden z ołtarzy był na frontonie gmachu Seminarium Duchownego. Jeszcze przed wojną była tam czynna kaplica. Dopiero po wojnie, po odbudowie gmachu przeznaczonym na Muzeum Narodowe, nie wolno było stawiać ołtarza przed budynkiem państwowym.,,Solidarność" w 1981 r. odzyskała to miejsce i wystawiła w nim swój ołtarz.

Po roku był już stan wojenny. W mieście czyniono zakłady, czy w tym roku ,, Solidarność" podziemna zbuduje ołtarz czy też nie. Zbudowali. Pod kierunkiem dr Wiesława Jana Wysockiego i świeżo wypuszczonego z ,,internatu" inż. Gędka, z pomocą odważnych studentów i innych chętnych, od świtu budowano ołtarz.

O godzinie 9.00 rano w kolegiacie ks. bp Władysław Miziołek udzielał sakramentu bierzmowania. Ja zaspałem, więc spóźniony biegłem do kościoła, aby dyskretnie wsunąć się do konfesjonału. Na ulicy zatrzymali mnie zatrwożeni studenci. Milicja aresztowała twórców ołtarza. Spiesznie przeszedłem przez rynek, przecisnąłem się przez tłum otaczający ołtarz. Na podium, zrobionym z desek i okrytym dywanem, czekał na monstrancję mój maleńki stolik. Za podium duży, brzozowy krzyż z przedłużonym ramieniem, na którym wisiała wielka, niebieska litera ,,M". Na krzyżu napis: ,,Nadzieja". Na gałęziach dębów rozwieszony transparent z napisem: ,,Święta Viktorio wspomagaj nas". Teren wokół ołtarza oddzielony był sznurami, za nimi na chodniku rozłożono kwiaty, znicze i świece. I to wszystko.

Krzyż z przedłużonym ramieniem, pod którym była niebieska litera ,,M", władzom bezpieczeństwa nie skojarzył się z herbem papieża, lecz z szubienicą, na której wisi milicja. Aresztowano dr Wysockiego, legitymowano studentów, strasząc usunięciem z uczelni. Inż. Gędek odszedł w tym czasie przebrać się w garnitur i dlatego nie został schwytany. Ledwo zdążyłem się rozejrzeć, a już słyszę za sobą szept p. Protekty, kierownika Spraw Wewnętrznych, abym zaraz przyszedł na ratusz, do naczelnika. Chcę z nim iść, ale on szepce, abym szedł sam. Bał się bowiem reakcji ludzi, którzy mogliby sądzić, że mnie również aresztował. Poszedłem sam, a za mną trzech smutnych panów, zatroskanych, abym nie zbłądził na rynku swego rodzinnego miasta... W ratuszu zastałem już p. P. i naczelnika.

- Wezwaliśmy Księdza, bo chcemy porozmawiać na temat ołtarza.

- Dlaczego ze mną? - pytam - jest proboszcz ks. prałat Wieteska. Z nim rozmawiajcie.

- Dobrze.

- Dzwoniliśmy, ale nie podnosi słuchawki.

- Bo w kolegiacie jest w tej chwili bierzmowanie, a przy ołtarzu nie ma telefonu.

- W tej sytuacji chcemy porozmawiać z księdzem.

- Dlaczego na ołtarzu są napisy? Pozwoliliśmy na procesję i ołtarz, ale bez żadnych napisów.

- Jakież tam napisy! Na krzyżu jest napis: ,,Nadzieja". To jedna z cnót boskich i ma prawo być na ołtarzu!

- To dlaczego nic wiara lub miłość, tylko akurat nadzieja?

- Drugi ołtarz, druga cnota!

- Dlaczego nie ma wszystkich trzech cnót, tylko jedna?

- Dlaczego jest drugi napis z Viktorią?

- Bo jest w teologii prawo zwane ,,conexio virtutum", wystarczy nastawić się na jedną cnotę, a wszystkie się w człowieku poprawiają. (Ucząc się przed laty tego prawa w seminarium, nie myślałem, że mi się przyda, gdy ubowcom będę wykładał teologię.)

- Sprawa zaczęła się jeszcze przed stanem wojennym. W 1625 r. prymas Firlej sprowadził z Rzymu relikwie św. Wiktorii i ogłosił Ją patronką Łowicza. Gdzie jak gdzie, ale w Łowiczu wierni mają prawo przyzywać ją na pomoc.

- Dlaczego imię Wiktoria napisane jest przez V?

- Prymas wraz z relikwiami przywiózł tablicę z grobu Świętej. Na tablicy imię wypisane jest przez V. (Było to świeżo po wystąpieniu Jaruzelskiego przeciw posługiwaniu się znakiem V że niby w polskim alfabecie nie ma takiej litery.)

- Dlaczego kwiaty i świece są na chodniku, nie zaś na ołtarzu?

- Ołtarz jest maleńki, zmieści się tylko monstrancja. Na dywanie nie można świec ustawić, boby się zachlapał dywan, a na drugi rok nikt by nie wypożyczył. Po przeprowadzeniu rozmowy na temat szczegółów ołtarza moi zdenerwowani rozmówcy zaatakowali.

- Ale cały ołtarz budzi skojarzenia polityczne!

- Na pewno Panowie spotkali się w życiu z ludźmi, którym ,,odbiła szajba". Na różnym tle może odbić, np. na tle seksu. Spojrzy taki na dziurę w płocie, ma skojarzenie seksualne; spojrzy na nogę od stołu, ma skojarzenia seksualne. To nie wina nogi, lecz patrzącego. Wam panowie, również szajba odbiła; na co tylko spojrzycie, macie skojarzenia polityczne.

Pospiesznie dodałem. - Teraz, już chyba bierzmowanie się kończy. Przedstawię sprawę ks. biskupowi. Jeśli uzna to za stosowne, powie na sumie. Jak co roku na sumie będzie dużo dziennikarzy zagranicznych, zrobią z Was pośmiewisko na całym świecie... Wyszedłem, nie czekając na zwolnienie. W tym czasie, w celi Komendy Milicji siedział pojmany dr Wysocki. Kazano mu napisać wypracowanie na temat symboliki ołtarza. Pisał długo i szybko. Wiele stron zapisał, a jeszcze nie wyczerpał tematu symbolu krzyża w chrześcijaństwie. Raptem został zwolniony, aby mógł przed sumą zdążyć przed ołtarz, żeby tylko Biskup nic nie mówił. W Komendzie została niedokończona rozprawa o znaczeniu krzyża, którą z wielkim pożytkiem duchowym mogli później milicjanci rozważać.

1990

Znów minęła dekada. 22.XII 1990 roku Lech Wałęsa, lider i symbol ,,,Solidarności", doceniony przez świat Pokojową Nagrodą Nobla w1983 roku, zaprzysiężony został na stanowisku prezydenta Rzeczpospolitej.  W tym miejscu wypada zakończyć, gdyż rozważania nasze zbytnio  zbliżyły się do granicy pomiędzy historią a współczesnością. Tylko od nas samych zależy jak będą oceniane przez potomnych, nasze kolejne ,, Polskie Grudnie".

[powrót]