Tadeusz Marian Nowak

Niebezpieczne teczki personalne

W sobotę 4 listopada 1939 roku powróciłem do Krakowa z wędrówki wojennej, która zawiodła mnie najpierw do Krzemieńca, a później do Lwowa. Po siedemnastym września wszędzie trzeba się było meldować w charakterze tzw. bieżeńca. Pachniało to wywózką na Wschód, więc wolałem przekraść się przez zieloną granicę koło Rawy Ruskiej, aby się znaleźć w Krakowie, gdzie mieszkała moja rodzina (na Podgórzu) i-co bardzo ważne - moja narzeczona (w Śródmieściu).

Natychmiast pojawiła się potrzeba znalezienia pracy. Młody człowiek (miałem wtedy 22 lata), Polak chodząc, luzem, był z natury podejrzany. A właśnie w Krakowie władzę przejmowały od armii niemieckie instytucje policyjno-administracyjne. Trzeba więc było uzyskać jakieś "papiery". Pierwszą myślą był Uniwersytet, z którym byłem związany w ostatnich czterech latach przed wojną. Byłem członkiem trzech różnych seminariów (nauk pomocniczych historii prof. Władvsława Semkowicza, historii starożytnej prof. Ludwika Piotrowicza i historii kultury prof. Stanisława Kota), a także wiceprezesem do spraw naukowych Koła Historyków Uczniów Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W poniedziałek 6 listopada 1939 roku poszedłem wraz z narzeczoną, która właśnie ukończyła pierwszy rok studiów historycznych, do Collegium Novum, aby odebrać w dziekanacie wydziału Filozoficznego złożone w czerwcu - celem uzyskania wizy - indeksy. Spotkaliśmy tam prof. Piotrowicza, który zgodził się - na moją prośbę - zatrudnić mnie w swoim seminarium jako asystenta - wolontariusza, a będący dziekanem Wydziału prof. Władysław Konopczyński podpisał w tej sprawie odpowiedni dokument, zaopatrzony pieczęcią Uniwersytetu. Równocześnie Konopczyński wystawił podobny dokument mojemu bratu ciotecznemu, starszemu ode mnie o dwa lata Lechowi Haydukiewiczowi, mianując go swoim asystentem - wolontariuszem. Odebraliśmy nasze indeksy i - nie mając zamiaru wysłuchiwać zapowiedzianego w tym gmachu na godzinę dwunastą wykładu o stosunku władz niemieckich do nauki polskiej - poszedłem z narzeczoną na spacer. Natomiast mój brat cioteczny udał się na wykład i przedstawiony, przez Konopczyńskiego jako jego asystent-znalazł się, wraz z profesorami, w więzieniu na ul. Montelupich, a potem w obozach koncentracyjnych, najpierw w Sachsenhausen-Oranienburg, a potem w Dachau.

W związku z likwidacją Uniwersytetu mój - właśnie uzyskany - dokument już po kilku godzinach nie tylko "stracił" wartość, ale mógł być nawet niebezpieczny. Trzeba więc było szukać innego wyjścia. Tu przyszedł z pomocą mój  wuj, ojciec Lecha, Józef Haydukiewicz, historyk, od wielu lat profesor krakowskich gimnazjów. Na jego prośbę, ciągle jeszcze urzędujący polski inspektor szkół krakowskich, Marian Cichocla, historyk, autor bardzo dobrej pracy doktorskiej o mediacji Francji w rozejmie altmarskim 1629 roku, zatrudnił mnie jako nauczyciela w szkole powszechnej przy ulicy Saskiej na Płaszowie, stanowiącym przedmieście prawobrzeżnego Krakowa. Dyrektor szkoły, pan Rokita, nie był zachwycony moim pojawieniem się, a zwłaszcza tym, że po czterech latach studiów uniwersyteckich nie mam żadnego przygotowania z dziedziny pedagogiki. Dał mi więc łatwą do prowadzenia klasę drugą, którą w poprzednim roku sam -jako wówczas klasę pierwszą -ukształtował. Nie wypełniało to mojego etatu, otrzymałem więc dodatkowo kilka godzin w klasie piątej. W klasie drugiej były dobre dzieci. Ponieważ zaś brakowało opału, wszyscy marzliśmy, poubierani w co kto miał. Najlepsza uczennica, ośmioletnia Zosia Łatakówna, córka szkolnego woźnego, chodziła w bluzie mundurowej swego ojca, który wrócił w niej z wojny, a teraz był w ciągłym ruchu przy pracy, więc dał bluzę córce, by nie marzła siedząc na lekcjach w ławce. Rękawy tylko trzeba było zawijać, bo były za długie. Żeby było śmieszniej, ja też chodziłem wtedy w mundurowej bluzie mojego ojca, po odpruciu od niej trzech kapitańskich gwiazdek, zmianie guzików i przefarbowaniu jej na kolor czarny. Te mundury były szyte z dobrej wełny, ciepłe i nie do zdarcia. Koledzy - nauczyciele stanowili dwie grupy: dawnych zawodowców; którzy ukończyli galicyjskie seminaria nauczycielskie i nowo przybyłych, wysiedlonych z ziem wcielonych do Rzeszy, przeważnie profesorów gimnazjalnych. Wśród nich zapamiętałem drobnego, nerwowego matematyka Dyrcza, który przybył ze Śląska i dużego, łagodnego poetę i polonistę Tadeusza Staicha, którego zbiór wierszy, zatytułowany "Deszcz za oknem", mam do dziś. Ci dawni, doświadczeni pedagogicznie i życiowo, ostrzegli mnie, nowicjusza, żebym broń Boże nie stawiał złych stopni dziewczętom z klasy piątej, ponieważ one "chodzą z zielonymi" i mogą spowodować różne nieprzyjemności z aresztowaniem włącznie. Owi "zieloni" to byli policjanci ze Staatspolizei, której posterunek mieścił się przy ulicy Saskiej, dokładnie naprzeciw naszej szkoły.

W tej szkole pracowałem od listopada 1939 roku aż do kwietnia 1940, marznąc wraz dziećmi, które czytały, pisały i rachowały, a także śpiewały, we właściwym czasie, kolędy. Nagle, w kwietniu 1940 roku musiałem się z nimi pożegnać, dostałem bowiem wezwanie do inspektora. Gdy do niego przybyłem, dr Cichocki zawiadomił mnie, że ceni moje wysiłki pedagogiczne, ale w chwili obecnej będę musiał poświęcić się innej działalności, która będzie miała charakter dyskretny (czyli tajny) i w pewnym sensie patriotyczny. Ja zaś zostałem do tej pracy wybrany, ponieważ Cichocki wie, że można mieć do mnie pełne zaufanie, przy czym ma pewne znaczenie i to, że nieźle władam językiem niemieckim.

Sprawa zaś, w której mam być główną i jedyną osobą działającą, wynikła stąd, że rozpoczynające urzędowanie niemieckie władze oświatowe, w postaci szulrata Kiesewettera i jego sekretarza, zażądały od Cichockiego przekazania im przechowywanych w inspektoracie papierów personalnych wszystkich podlegających mu nauczycieli krakowskich szkół powszechnych (zwanych dziś podstawowymi).Cichocki, chcąc zyskać na czasie, wytargował termin tego przekazania na początek roku szkolnego 1940141, czyli na dzień 1 września 1940 roku. Tłumaczył się tym, że papiery te nie są uporządkowane i nie śmiałby ich oddawać w tym stanie nowym władzom, które zresztą, znając doskonale popularne u nich określenie "polnische Wirtschaft", nie były tym zdziwione.

Moje zadanie polegało na tym, ażeby tak rozplanować pracę, aby najdalej do końca lipca zdążyć wezwać każdego z nauczycieli osobno, przejrzeć z nim zawartość jego teczki personalnej i skłonić go, a w razie potrzeby wręcz zmusić go, do zabrania z niej tych dokumentów, które mogłyby go kompromitować w oczach Niemców. A było takich dokumentów sporo. Dotyczyły one m.in. uczestniczenia w powstaniach śląskich i w powstaniu wielkopolskim, uzyskanych w związku z tym odznaczeniach, przynależności do organizacji paramilitarnych, ukończenia kursów uprawniających do prowadzenia zajęć w zakresie przysposobienia wojskowego i wiele innych. Dokumentów tych, będących własnością zainteresowanych nie mieliśmy ani prawa, ani fizycznej możliwości zniszczyć, a pozostawione w teczce personalnej stanowiłoby rodzaj donosu do niemieckich władz policyjnych. Okazało się, że nauczycieli, których teczki wypełniały sporą szafę w inspektoracie, było prawie siedmiuset, a czasu było niewiele, najwyżej dwanaście tygodni. Musiałem więc wzywać po dziesięciu dziennie, a wówczas miałem około pół godziny na osobę, z uwzględnieniem różnych przesunięć, bo ktoś był chory, ktoś nie zrozumiał, ktoś zlekceważył, a przecież do każdego musiałem dotrzeć. W rezultacie miałem przyjemność (to jest chyba właściwy zwrot w tym wypadku) poznać osobiście i porozmawiać "od serca" z każdym z siedmiuset krakowskich nauczycieli różnej płci i wieku. Byli wśród nich tacy, którym spać nie dawała świadomość, że w inspektoracie leżą dokumenty, które - w razie ujawnienia - mogą ich zaprowadzić prosto do Oświęcimia. Inni Ľwobec Niemców, dokumentów, zawierających przecież szczerą prawdę i przynoszących im zaszczyt. Stałymi pracownikami inspektoratu byli jacyś dwaj starsi panowie, nie znający, lub bardzo słabo znający język niemiecki, przerażeni grożącą stale możliwością wezwania któregoś z nich przed oblicze owego sekretarza szulrata, mającego swój gabinet na drugim końcu korytarza. . W związku z tym moja druga funkcja - dorywcza - polegała na tym, aby w wypadku wezwania przez sekretarza szulrata jakiegoś pracownika inspektoratu, pójść do niego i możliwie gładkim językiem niemieckim odpowiadać na jego pytania, nie narażając "sprawy", którą mi powierzono. Ów sekretarz, znający zresztą doskonale język polski, pełnił bowiem przez wiele lat funkcję nauczyciela języka niemieckiego w lwowskiej szkole kadetów, był bardzo dociekliwy, więc kiedy przemówiłem do niego językiem Schillera, który z nauki szkolnej lepiej znałem niż współczesny język potoczny, zainteresował się tym, dlaczego ja tak dobrze mówię po niemiecku. Przestraszyłem się, że zechce ze mnie zrobić folksdojcza, więc wytłumaczyłem mu niemniej górnolotnie, że mieszkałem od piątego do osiemnastego roku życia w Bielsku na Śląsku, gdzie wielu ludzi mówi po niemiecku i gdzie przez dziewięć lat uczyłem się w szkole języka niemieckiego. Jakoś mu to wystarczyło.

Tak więc powierzoną mi misję wykonałem, czyli zdążyłem na czas wyczyścić teczki personalne wszystkich krakowskich nauczycieli szkół powszechnych z niebezpiecznych dla nich dokumentów tak, by szulrat i jego sekretarz otrzymali w nich jedynie metryki chrztu i ślubu, a także świadectwa ukończenia seminarium nauczycielskiego oraz różnych niewinnych kursów robót ręcznych itp. Równocześnie dr Cichocki uznał, że zbyt wielu ludzi widziało mnie przy tej robocie, więc powinienem zniknąć z tego środowiska. Nie wróciłem więc do szkoły, lecz załatwiono mi posadę magazyniera w krakowskim przedstawicielstwie firmy Wertheim, trudniącej się dostarczaniem kas pancernych i konserwacją wind osobowych w tych, niezbyt licznych, kamienicach krakowskich, w których były zamontowane. Ponieważ zaś ów magazyn mieścił się w piwnicy budynku tej firmy, przy ul. Straszewskiego, znalazłem się dosłownie w "podziemiu".

[powrót]