Poniżej publikujemy fragment wspomnień wybitnego polskiego tuczonego prof. dr hab.Witolda Kieżunia.

Autor, brał czynny  udział w Powstaniu  Warszawskim jako żołnierz AK.  Był członkiem oddziału do zadań specjalnych  ,,Harnaś" gdzie nosił pseudonim  ,,Wypad ". Do najważniejszych akcji, w których uczestniczył zaliczyć należy zdobycie Poczty Głównej oraz Komendy Policji. Wsławił się również, samodzielnym wzięciem do niewoli 14 jeńców Niemców. W październiku  I944 roku otrzymał awans  na stopień podporucznika. Zaś za działalność na polu walki został odznaczony Krzyżem Walecznych. Jest jeden z nielicznej grupy 14 żołnierzy, odznaczonych bezpośrednio podczas walk z rąk gen. Bora-Komorowskiego najwyższym  polskim orderem bojowym, Krzyżem Vrtuti Militari.  Miało to miejsce 23.09. 1944.

Po upadku powstania uciekł z niemieckiego transportu  kierującego powstańczych żołnierzy do obozów jenieckich. Przedarł się do Krakowa a i tam nawiązał kontakt z krakowską organizacją AK. W marcu 1945 r., skutkiem denuncjacji przez zdrajcę został aresztowany przez NKWD i umieszczony w więzieniu na Montelupich. Tam poddano go perfidnemu śledztwu bardzo różniącemu się w swych metodach od prostackich przesłuchań Gestapo. Mimo stałego nakłaniania nie ujawnił żadnych nazwisk. Tam zastał go świt 23 maja 1945.

Gułag śmierci w Krasnowodsku

Transport

Wczesnym rankiem 23 marca 1945 roku wypędzono nas na podwórko więzienne, gdzie czekała już grupa jeńców niemieckich. Uformowano nas w kolumnę po pięciu w jednym szeregu, z tym że Niemcy w mundurach byli uplasowani z boku. Każda piątka to Niemiec - trzech Polaków - Niemiec. Następnie oficer NKWD z pistoletem w ręku, parokrotnie powtórzył instrukcję: ,,idziecie do pociągu na dworzec, nie wolno po drodze mówić po polsku; jedno słowo po polsku - kula w łeb z tego nagana, który trzymam w ręku".

Powtórzył to jeszcze raz, jak już przekraczaliśmy otwartą bramę. Kolumna była mocno obstawiona z obu stron szeregiem żołnierzy; a ponadto co trzy-cztery rzędy, szedł oficer z naganem w ręku, powtarzający cicho przez zęby: ,,Nie gowori po polski".

Był to wczesny ranek, około 8-ej rano, 23 marca 1945 roku. Szliśmy z Montelupich na dworzec towarowy, przechodziliśmy koło rynku towarowego, gdzie gromadzili się już przekupnie, byliśmy obiektem wrogiej demonstracji, ludzie wygrażali pięściami i krzyczeli: ,,Fryce, Fryce, dobrze wam tak Fryce".

Na dworcu stał już pociąg towarowy. Załadowano nas do częściowo zapełnionych przez Niemców wagonów. Jak się później okazało, byli to gestapowcy i członkowie NSDAP Przyjechali oni z Legnicy, byli bardzo wymęczeni i zgłodniali, bo przez dwa dni nie dostawali nic ani do jedzenia, ani do picia. Zepchnęliśmy ich brutalnie na jedną stronę wagonu, zajmując większą jego część. Drzwi zostały natychmiast zamknięte. Spędziliśmy cały dzień i noc na bocznicy kolejowej, nikt z nas nie miał żadnego kontaktu z rodzinami, była to zupełnie inna sytuacja niż w wagonie zajmowanym przez kobiety, gdzie pozwalano na dostarczanie przez rodziny jedzenia i ubrania. Rano następnego dnia, a więc 24 marca 1945 roku, pociąg ruszył.

Przejeżdżając wiaduktem nad ulicami zaczęliśmy śpiewać: ,,Jeszcze Polska nie zginęła" i krzyczeć przez małe zakratowane okienka: ,,Armia Krajowa jedzie na Sybir, niech żyje Wódz Naczelny generał Anders". Wyrzucaliśmy też przygotowane grypsy składane w kulki, adresowane do naszych bliskich. Część z nich dotarła, moja i mojego stryja niestety nie. W naszym wagonie było około 40 Polaków i Rosjan i tyluż Niemców. Razem ze mną byli między innymi: mój stryj - podpułkownik pilot Jan Kieżun, lotnik major Gustaw Sidorowicz, kpt. ,,Garda" Ľwięźniowie Oświęcimia: Teofil Gabryś i Wiktor Nowicki, Stefan Klima, Bohdan Thugutt, Leonard Wyjadłowski, Franciszek Szopa, Tadeusz Skarżyński. ,,Biali" Rosjanie: książę Bałutin, b. adiutant cara Mikołaja II, Leon i Jerzy Plesowowe, Korostoszewski i trzej bracia Źudrowie. Polacy; byli członkami AK, NSZ (Tadeusz Skarżyński był adiutantem d-cy NSZ), Batalionów Chłopskich (Kazimierz Mikuła i Franciszek Szopa). Bliższych danych co do powiązań służbowych nie ujawniano w słusznej obawie dalszych przesłuchań. Ja, poza dwoma, trzema osobami, nie zwierzałem się ze swojej kariery wojskowej, ale wiedziałem, że jestem powszechnie uważany za ,,swojego" akowca.

Dojeżdżając do mostu kolejowego na Wiśle, pociąg zatrzymał się. Most był nieco uszkodzony i zespoły studentów z Politechniki pracowały przy jego reperacji. Na nasze zawołanie: ,,Armia Krajowa jedzie na Sybir", odpowiedzieli nam zbiorowym okrzykiem: ,,Niech żyje Armia Krajowa". Nastrój naszego zespołu był podniosły, wiedzieliśmy, że czeka nas ciężki los, ale - jak to się mówi - "duch nas nie opuścił". Od razu rozpoczęliśmy rozważania możliwości ucieczki. W środku wagonu stał żelazny piecyk z rurą wychodzącą na zewnątrz z boku wagonu. W ścianie wagonu były też dwie połączone wąskie deski, wystające na zewnątrz i do wnętrza; była to ,,ubikacja". Obmyśliliśmy możliwość zdemontowania żelaznych drzwiczek i wolnego wyrąbania dziury w podłodze, ażeby w czasie postoju móc zsunąć się pod wagon. Nie wszyscy jednak byli zgodni co do możliwości takiej ucieczki, bojąc się reakcji Niemców. Ostatecznie plan ten spalił na panewce. Gdzieś pod Przemyślem, w nocy, pociąg zatrzymał się w lesie i rozpoczęła się strzelanina. Rozeszła się pogłoska, że była to próba napadu na pociąg w celu uwolnienia więźniów z oddziału, śmiesznie nazywającego się ,,Pierdzimączka". Podobno właśnie przez wyrąbaną dziurę w podłodze parę osób uciekło. Faktem jest, że na stacji w Przemyślu strażnicy pociągu zatrzymali paru przygodnych mężczyzn, ażeby liczba więźniów się zgadzała. Pamiętam, że w Krasnowodsku rozmawiałem z jednym z nich. Opowiadał, jak przez przypadek znalazł się z nami; niestety nie pamiętam jego nazwiska.

Pierwsze wiadro zupy dostaliśmy dopiero we Lwowie. Zgłodniali Niemcy rzucili się hurmem, zupa się rozlała i Niemcy chłeptali ją z podłogi. Było to odrażające. Ustaliliśmy później jakiś porządek: pierwsi jedli Polacy, a resztę, mniej niż połowę wiadra, zostawiano Niemcom.

Codziennie, z reguły rano, transport był zatrzymywany, ,,wachtior" wchodził do wagonu i stawiał sakramentalne pytanie: ,,skolko miortwych?". Niemcy marli masowo w naszym wagonie. Już we Lwowie były trzy trupy. Natychmiast je zabierano i ,jak sądzę, zakopywano przy torze. Nie widzieliśmy jednak tej operacji. Po sprawdzeniu liczby zmarłych odbywała się ,,prowierka": trzeba było pojedynczo przechodzić z jednej strony wagonu na drugą i wachtior głośno liczył. W Woroneżu popędzono nas wieczorem do łaźni. Pamiętam, że idąc pod silnym konwojem ulicami zupełnie wymarłego miasta, widzieliśmy w rynsztokach zgniłe kartofle. Niektórzy Niemcy rzucali się do rowów, chwytali te kartofle i szybko je zjadali. Byliśmy zaskoczeni tą słabością charakterów. Oczywiście wszyscy, którzy jedli te kartofle, szybko pożegnali się z życiem. W łaźni zetknęliśmy się z bezceremonialnością i prymitywizmem kulturowym Rosjan. Obsługa łaźni składała się z młodych dziewcząt. Kazano nam w ich obecności rozbierać się do naga. Niektóre z nich ze śmiechem porównywały nasze genitalia wołając jedna do drugiej: ,,chodź tutaj szybko, zobacz, jakiego ten Germaniec ma dużego członka: Były niezwykle zaskoczone, gdy po rosyjsku powiedziałem, że powinny się wstydzić. (,,kak wam nie wstydno diewczata"). Po kontroli odbytnicy na Montelupich (przy ceremoniale przyjęcia więźnia), był to następny przykład traktowania nas jak przedmiotu, jak rzeczy, a nie człowieka, który choć więzień, ma poczucie swojej godności i intymności.

W pociągu, mimo głodu i zimna, trwały permanentne dyskusje polityczne i wspominanie różnych akcji czasu wojny. Książę Bałutin, niezwykle kulturalny i wykształcony człowiek, opowiadał nam o przeżyciach z dworu carskiego, zainaugurował również, do spółki ze mną, gwizdanie utworów muzyki klasycznej. Miał wprost niesamowitą pamięć muzyczną i szybko przestałem być jego partnerem, natomiast okazało się, że wśród Niemców jest zawodowy muzyk, Kissik, który wspólnie z Bałufinem potrafił zagwizdać melodie wielu klasycznych utworów.

Ta pierwsza ,,współpraca" z Niemcami budziła sprzeciwy, bo wrogość do sąsiadów niemieckich była niezwykle silna. Wiązało się to również z uczuciem niezwykłego upokorzenia, traktowania nas, walczących o wolność przeciw Niemcom, jako ich sojuszników. Byliśmy wszyscy zgodni, że było to podeptanie naszej godności walczących o wyzwolenie, o niepodległość. Kissik był jednak cywilem, wybitnym muzykiem, mówił po francusku, studiował we Francji, stał się dla mnie swoistym symbolem tej bardzo nielicznej, ale przecież jednak istniejącej w Niemczech niesocjalistycznej (narodowo) społeczności. Kissik umarł w obozie. Radziecka strategia szkalowania i zakłamania naszej, przecież zupełnie wyjątkowej w całej Europie, historii walki z nazizmem była realizacją swoistego dogmatu ,,syndromu wroga", zasady, że kto nie z nami, ten przeciw nam, a nasi wrogowie oczywiście współpracują ze sobą w walce z nami. Wrogów należy zniszczyć. Stąd gen. Sikorski, zdaniem Stalina, współpracował z Niemcami w sprawie Katynia i dlatego trzeba było zerwać z nim stosunki. Według oficjalnego oświadczenia Stalina przekazanego Churchillowi, Armia Krajowa współpracowała z Niemcami, dlatego my musieliśmy siedzieć w obozach razem z Niemcami. Niestety, ta perfidna strategia owocuje znowu z powodzeniem obecnie, w niezwykle upowszechnionej w prasie i publikacjach amerykańskich, kanadyjskich, zachodnioeuropejskich i litewskich, koncepcji naszej kooperacji z Niemcami. W czasie wojny, w upowszechnianiu stereotypu ,,Polish concentration camp Auschwitz", ,,Polish Death Camps" i pro-nazistowskiej Armii Krajowej (Polish Home Army - Polish Nazi Army). Jest to swoisty współczesny triumf radzieckiej strategii zakłamania rzeczywistości historycznej II wojny światowej.

W czasie długiej (30 dni) podróży, jednym z najcięższych okresów był przejazd przez Ural. Jechaliśmy prosto na wschód, minęliśmy Kijów i mróz coraz bardziej się nasilał. Wagon, mimo posiadania piecyka, nie był opalany, bo nie było opału. Skończyły się nasze dyskusje i gwizdanie klasycznych melodii, rozpoczęła się ciężka walka o przeżycie. Temperatura zewnętrzna, jak powiedział nam ,,wachtior" kontrolujący stan osobowy, przekroczyła minus 40°C.

Nieustannie, w zgodnym szeregu razem z Niemcami, maszerowaliśmy tupiąc mocno nogami, szczelnie przytuleni do siebie. Pamiętam jedną noc, gdy wydawało się, że już nie uda się nam wytrzymać tego zimna i stałego tupania w wolnym, ale intensywnym marszu w kółko. Po tej nocy zmarło 3 Niemców. Było ich coraz mniej. My trzymaliśmy się jako tako, ale nastąpiła nowa niekorzystna zmiana. Od razu po przejechaniu Uralu, naszą polską grupę rozproszono do różnych wagonów. Byliśmy już zgrani, głośno śpiewaliśmy, trzymaliśmy się razem, sprawiedliwie dzieliliśmy otrzymywane jedzenie. To było widocznie nie do zaakceptowania. Zostałem tylko ze stryjem, Kazkiem Mikułą, Tadkiem Ciałowiczem, Leonem Wyjadłowskirn i jeszcze chyba z dwoma kolegami, których nazwisk już nie pamiętam. Został z nami książę Bałutin. Po minięciu Uralu wyraźnie skręciliśmy na południe i zaczęliśmy szybko wchodzić w ciepłą strefę. Wreszcie dojechaliśmy do jakiegoś pięknego, w bieli owocowych kwiatów; miasta. Bałutin natychmiast poznał Taszkient.

Teraz znów ciepło zaczęło nam niemiłosiernie dokuczać. Rozbieraliśmy się prawie do naga i konkurowaliśmy w wyłapywaniu wszy z naszego ubrania. Minęły prawie trzy tygodnie naszej podróży, a ostatnią łaźnię mieliśmy w Woroneżu. Nie myci i nie goleni, wyglądaliśmy jak troglodya. W wagonie było nieco luźniej, bo po drodze coraz to ktoś umierał; sądzę że około 10 - 15% Niemców zmarło po drodze. W naszym wagonie zmarło 7-miu, a więc ok. 15%. Kazek Mikuła wynalazł świetny sposób na coraz wyższą temperaturę: zdemontował rurę od piecyka, wystawił ją na zewnątrz przez okienko i świeże powietrze wpadało do wagonu. Z drugiej strony rury ustawiła się kolejka do wdychania. Kazek ustanowił normę kilku minut dla każdego. Tymczasem zmieniliśmy kierunek jadąc znowu na zachód. Nieoceniony Bałutin już wiedział, że jedziemy w kierunku na Kara-Kum (Czarny Step), jedną z większych światowych piaskowych pustyń, mijając kolejno rzeki Amu-Darię i Syr-Darię, i dojeżdżając do Aszchabatu. W Kizył-Arbat mieliśmy wreszcie kąpiel w łaźni. Krajobraz, z rzadkimi jeszcze gdzieniegdzie porostami, zmienił się w zupełnie pustynny; piasek, piasek i proste, jakby wyrąbane z twardego piasku, góry. Tylko na usypanym lekkim wzniesieniu, linia kolejowa.

Bałutin stwierdził, że jedziemy do Krasnowodska, portu nad Morzem Kaspijskim. Był tam z carem Mikołajem II na uroczystości otwarcia tej wyjątkowej, jedynej linii kolejowej przez pustynię. Dowiedzieliśmy się od niego, że jest tam nieledwie biegun ciepła: temperatura w cieniu dochodzi latem do 60°C. W tym klimacie Europejczyk nie może długo przeżyć. Teren został sztucznie zaludniony poprzez zbudowanie portu i miasta o dużej roli strategicznej, jako położonego najbliżej Persji (Iranu). Miejscowa ludność turkmeńska praktycznie w tym terenie nie mieszkała od czasu, gdy żyzna ziemia pustyni, zraszana systemem kanałów z Amu-Darii i Syr-Darii, została zasypana piaskiem. Pustynia Kara-Kum to było kiedyś królestwo Chorezmu, bogate i dynamiczne. Jeszcze po drodze widzieliśmy zasypane do dużej wysokości obronne miasta z murami i basztami. Turkmeni noszą wysokie futrzane czapy i kożuchy. W ten sposób są stale oziębiani zimnym potem. Historię Chorezmu i strategię budowania linii kolejowej i centrum wojskowego z portem w Krasnowodsku Bałutin znał świetnie. Nie wiedział jednak tego, o czym dowiedziałem się dopiero po powrocie z ZSRR, że armia Andersa także przejechała tą samą trasą, ładując się w Krasnowodsku na okręty do Persji (Iranu). Tym razem my, żołnierze Armii Krajowej, przemierzaliśmy w tragicznych okolicznościach trasę wolności Andersa.

Krasnowodsk - gułag śmierci

Wreszcie 23 kwietnia po 30-dniowej podróży dotarliśmy do Krasnowodska. Kolej kończyła tutaj swój bieg. Wysiedliśmy późnym wieczorem na stacji. W uformowanej kolumnie staraliśmy znaleźć się obok siebie. Ruszyliśmy marszem przez piaszczystą drogę i po paru kilometrach doszliśmy do przygotowanego dla nas obozu. Bezchmurne niebo było usiane olbrzymią ilością gwiazd, które wydawały się znacznie bliższe, niż te widziane w Polsce. Na tle prostokątnych, piaskowych gór, wśród piaskowej pustyni widać było obóz: wysokie druciane ogrodzenie, szeroka odrutowana brama, drewniane wieżyczka dla strażników, z jednej strony dachy podziemnych baraków wystające na poziomie ziemi, z drugiej pusta olbrzymia przestrzeń piasku. To wszystko było podobne do typowego hitlerowskiego obozu koncentracyjnego. Filek Gabryś i Wiktor Nowicki, więźniowie Oświęcimia, zakpili: brakuje tylko napisu nad bramą: ,,Arbeit macht frei" - i znów bylibyśmy u siebie. 

Umieszczono nas na pustym terenie na piasku i tu spędziliśmy pierwszą noc. Temperatura wynosiła około 15 - 18 stopni. Rano zobaczyliśmy duży hydrant wodny Jeden z żołnierzy otworzył go specjalnym kluczem. Gdy wszyscy rzucili się szybko do picia, nadbiegł oficer o wyraźnych rysach uzbeckich, wołając: ,,Nie można pić, to słona woda!". Istotnie, woda miała słony smak, co gorzej, była rdzawoczerwona; zrozumieliśmy nazwę pobliskiego miasta: Krasnowodsk - miasto czerwonej wody. Ci wszyscy, którzy wypili wodę, już po paru godzinach dostali biegunki. Rano rozpoczęliśmy kopanie rowów klozetowych na wzgórzu obok płotu i odtąd już całą dobę można było widzieć tłum mężczyzn kucających nad rowem pełnym much, które tłumnie obsiadały nagie pośladki. Na szczęście kobiety umieszczono od razu w drugiej części obozu, w szpitalnej i kobiecej zonie (jak nazywano strefy obozu), w jednym z podziemnych budynków.

W ciągu paru dni przywieziono namioty, jak się okazało, made in USA. Całe wyposażenie obozu było amerykańskie: samochody (Studebaker) drut kolczasty na ogrodzenie, gwoździe,  siekiery, łopaty, kilofy itp. Dieslowska lokomotywa, która wiozła nas od Taszkientu, też była amerykańska. To Ameryka wyposażyła również i enkawudowskie obozy. Dla nas wszystkich był to swoisty szok. Nie znaliśmy jeszcze wówczas rooseveltowskiej antypolskiej polityki w Teheranie i później w Jałcie, jak również bezczelnego kłamstwa Roosevelta, który zapytany w Kongresie o rzekomo wyrażoną w Teheranie zgodę na oddanie części Polski Związkowi Radzieckiemu oświadczył uroczyście, że w Teheranie w ogóle nie dyskutowano sprawy Polski. Ameryka była dla nas symbolem przyjaźni i naszą nadzieją na wyzwolenie i teraz rozumowaliśmy, że Ameryka i alianci nie mogą tolerować faktu, iż alianckich, polskich żołnierzy aresztuje się i trzyma razem z Niemcami w obozie. Chodziło tylko o to, ażeby wieść o tym nadużyciu doszła do aliantów, a tego, że nasi koledzy w Polsce te wiadomości przekażą, byliśmy pewni. Tak kształtowała się nasza wiara w wyzwolenie i ona była podstawą naszej solidarności i odporności na trudy podróży i obozu.

W ciągu paru następnych dni zorganizowano administrację obozu. Został uformowany ,,raboczyj batalioń' podzielony na ,,zwody" (plutony). Każdy ,,zwod" liczył 64 osoby. Na czele batalionu pracy stał komendant, którym został major Gustaw Sidorowicz, jego zastępcą był mój stryj, podpułkownik Jan Kieżun, a szefem sztabu kapitan Zbigniew Nosek-Witoski. Stworzono również służbę księgową, kierowaną przez Jerzego Źudrę - zawodowego księgowego. Stanowiska komendantów ,,zwodów" objęli z reguły także Polacy. Ta szansa objęcia funkcji w obozie przez Polaków wiązała się z łatwością porozumiewania się. Niektórzy Polacy dobrze mówili po rosyjsku (np. mój stryj, dawniejszy pilot armii carskiej), a ci, co nie znali rosyjskiego, mogli łatwo się porozumieć w związku ze słowiańskim rodowodem obu języków. Zadziwiająca była szybkość opanowania podstawowego zakresu rosyjskich słów przez polskich więźniów, po paru tygodniach nie było już poważniejszych problemów we wzajemnym porozumiewaniu się.

Równolegle NKWD dokonało podziału na grupy wg kryteriów politycznych. Pamiętam, że było 5 grup uszeregowanych według kryterium wrogości i rangi zbrodniczości. Podstawowy przydział dzienny chleba był dostosowany do grupy -pierwsza grupa miała najmniejszy przydział, kolejno zwiększany w wyższych grupach. Ta grupowa struktura obrazowała jednocześnie wielorakość międzynarodowego zespołu obozowego. Pierwsza, ta najgorsza, najbardziej dyskryminowana w przydziałach żywności, to była: Armia Krajowa z wszystkimi swoimi częściami składowymi, Narodowe Siły Zbrojne, gestapo i Sonderdienst. Druga to: NSDAP - Narodowo-Socjalistyczna Parfia Pracy (hitlerowska), SS, Bund Deutsche Módel, Hitlerjugend. Trzecia to: własowcy, żołnierze Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii, czetnicy, chorwaccy Ante Payelicia, żołnierze armii generała Mihajlovicia. Czwarta to Francuzi z ochotniczej dywizji 32 Charlemagne. Piąta, to w minimalnych ilościach, pozostali więźniowie: Czesi z Organisation Todt, Włosi, cywile niemieccy bez przydziału organizacyjnego, w ich liczbie śląscy górnicy, ,,białogwardiejcy" - rosyjscy porewolucyjni emigranci, cywilni Białorusini.

Idea organizacji roboczego batalionu polegała na wprowadzeniu zasady rozrachunku gospodarczego. Więźniowie (my oficjalnie nazywaliśmy się ,,internowanymi") mieli pracować i wyrabiać normę. Jeśli przekraczano normy, zapłata dla obozu miała być wyższa i ci więźniowie, którzy się do tego przyczynili, mogli otrzymać więcej, np. 50 gramów chleba w przydziale codziennym. Miarą wartości i podstawą pożywienia był chleb. Podstawowym zajęciem była budowa budynków NKWD w mieście i praca w kamieniołomach na pustyni, gdzie wysadzano w powietrze piaskowe góry i następnie małymi toporkami wyciosywano z brył coś w rodzaju dużych cegieł wielkości jakichś 8 normalnych cegieł. Piaskowiec był stosunkowo łatwy do obróbki, jednocześnie wystarczająco twardy jako materiał budowlany. O ile sobie przypominam, norma wynosiła 90 bryłek dziennie. Poza tym więźniowie byli zatrudniani przy różnych innych doraźnych pracach, takich jak: transport materiałów, praca w szwalniach, piekarniach, warsztacie samochodowym, reperacja sprzętu itp. Teoretycznie wszędzie obowiązywać miała zasada rozrachunku gospodarczego; wszystkie zewnętrzne prace miały być bezgotówkowo płacone obozowi. Księgowa służba obozu wyliczała koszty i zyski, określając jednocześnie nadwyżki przydziałów żywności (tytko chleba) w zależności od przekroczenia norm.

Ten cały system był oczywiście niesprawny, przede wszystkim dlatego, że masa więźniów nie pracowała systematycznie, zarówno ze względu na choroby jak i na brak racjonalnej organizacji procesu pracy. Teoretycznie to właśnie ,,komzwody" (dowódcy zwodów) mieli prowadzić ludzi do pracy i ewżdencjonować wyniki. W praktyce wyniki pracy były notowane przez wydelegowanych enkawudzistów, a wymierzanie i wyliczanie przez nich wykonywanej pracy było często fikcyjne. W każdym razie w początkowym okresie, do czasu mojego pójścia do zony szpitalnej (23 maja 1945 r ), tj. przez pierwszy miesiąc, prawie nikt z akowców nie pracował systematycznie. Ja pracowałem parę dni na budowę gmachu NKWD i dwa razy w kamieniołomach, jednak głównie w celu zorientowania się w możliwości ucieczki, bo taka myśl była stałą moją obsesją, podzielaną przez duże grono kolegów, głównie Kazka Mikułę, Tadka Ciałowicza, mego stryja, a także majora Sidorowicza, Stefana Klimę i Zbyszka Noska.

Jako ,,komandir zwoda" miałem pod sobą 64 Niemców. Byli to w większości esesmani i gestapowcy Co dzień o szóstej rano miał miejsce apel całej męskiej zony roboczej. Zona kobieca i szpitalna znajdo- wały się oddzielone drutem kolczastym po drugiej stronie obozu. Były tam duże baraki, wkopane w ziemię na głębokość mniej więcej dwóch pięter z dachem na poziomie ziemi, z wywietrznikami i pionowymi oknami wystającymi nad powierzchnię ziemi. Były to baraki wybudowane przed rewolucją dla garnizonu wojskowego. Później służyły już jako baraki więzienne. W nich podobno uwięzieni byli powstańcy uzbeccy i turkmeńscy, którzy rozpoczęli walkę w 1939 roku w czasie wojny fińskiej. Podobno Aszchabad był przez nich zdobyty, zostali jednak pokonani i w ciągu niecałych 5 lat wszyscy wymarli w Krasnowodsku. Mówiono o 5000 więźniów. Na ich miejsce przybyli Niemcy, no i my. W czasie apelu dyżurny oficer w towarzystwie szefa sztabu batalionu roboczego (oficer NKWD i kapitan Nosek) podchodził do uszeregowanego w piątki każdego zwodu i przyjmował meldunek o stanie osobowym. Meldowałem po rosyjsku, np:: ,,Komandir zwoda Witold Witoldowicz Kieżun zajawlajet: po spiskie - 64, w stroju - 40, balnych - 24:" Enkawudzista liczył każdy szereg i zapisywał stan, sumował kolejno wszystkie zwody i później meldował radzieckiemu komendantowi obozu stan całkowity. Przed frontem całości stał komendant radziecki, pułkownik NKWD, dwóch lub trzech radzieckich oficerów dyżurnych, komendant batalionu pracy, mjr Sidorowicz i szef sztabu batalionu, kpt. Nosek-Witoski.

Komendy były podawane w języku rosyjskim i niemieckim. Mjr Sidorowicz domagał się komendy polskiej, ale odmówiono mu, twierdząc, że przecież Polaków jest mało. A więc komenda: baczność to było ,,smimo" i ,,stillgestanden". Apele czasem fatalnie przedłużały się, bo nieraz były błędy w podliczaniu, a także doraźne, często liczne, zmiany stanu na skutek szybkiej ,,ucieczki" więźniów - a nieraz i radzieckich oficerów - na górkę do ubikacji. Z inicjatywy dowództwa batalionu zbudowano dużą latrynę, zbiornik na wodę, w którym sól osadzała się na dnie i woda stawała się zdatniejsza do picia, natryski i umywalki.

Najgorszym problemem była jednak sprawa klimatu i wody. W kwietniu temperatura była jeszcze znośna, ale później rozpoczęły się już potworne upały, z tym że występowała ostra różnica temperatur pomiędzy dniami i nocami. Upały w ciągu dnia dochodziły do 56 stopni w cieniu, sam widziałem na jedynym w obozie termometrze, na budynku ambulatorium dla NKWD, +54 C. Między dziesiątą a szesnastą upał był podobny do otwartego pieca chlebowego, można było oddychać jedynie otwartymi ustami, oblewając się silnym potem. Podobno można było gotować jajka w piasku (tak nam mówili Rosjanie). Słona woda wywoływała silną biegunkę, cały wysiłek był więc skierowany na to, ażeby jak najmniej pić. Leczono się też zwęglonym chlebem, opalanym na indywidualnych małych ogniskach ochranianych cegłami. Łatwo było o kawę, a więc pito bardzo mocną kawę. To wszystko nie bardzo pomagało. Suche jedzenie zupełnie pozbawione witamin plus słona woda doprowadzały do strasznej choroby tropikalnej beri - beri (awitaminoza, dystrofia). Ludzie początkowo puchli (ja np. nie mogłem włożyć żadnych spodni ani kalesonów tak strasznie miałem spuchnięte uda)  później wydalali olbrzymie ilości wody, strasznie chudli, nogi stawały się jak patyczki, tracili władzę w mięśniach głównie kończyn dolnych, następnie tracili świadomość, przez parę godzin (często dłużej) krzyczeli i wreszcie umierali. Śmiertelność była olbrzymia. Poza beri-beri z dystrofią panował tyfus brzuszny i plamisty, czerwonka, zapalenie płuc (duża amplituda temperatury dziennej i nocnej), świerzb. Ludzie ginęli też od ukąszeń tarantul; te niezwykle szybkie stworzenia były śmiertelnie jadowite.

Pierwszą ofiarą był mój podkomendny z mojego zwodu, postawny esesman świetnie trzymający formę. Rano włożył nogę do buta, w którym spała tarantula, ugryzła go w nogę, po paru godzinach sczerniała mu skóra i po południu już nie żył. Równie groźne były też piaskowe żmije koloru piasku, mało widoczne i bardzo zwinne. Po ukąszeniu śmierć następowała również szybko. Mieliśmy wszyscy świadomość, że nie pożyjemy długo, że jest to nowoczesny. ,,humanistyczny", pozbawiony tortur, bicia i krematoriów, obóz śmierci. Mieliśmy oficera NKWD, Uzbeka, który był bardzo przyjazny Polakom. Przychodził wieczorem do naszego namiotu na pogawędki. Wiedział, że jesteśmy z Lechistanu. Opowiadał nam historię Chorezmu i jego potęgi, gdy dzisiejsza pustynia była jednym wielkim kwitnącym ogrodem. On właśnie mówił, że maksymalny okres przeżycia w tym klimacie to 1,5 roku, ale tylko o ile ma się słodką wodę do picia. Cała obsada radziecka obozu to byli też skazańcy. Komendant NKWD całego miasta został zesłany do Krasnowodska na 2 lata za ,,niewyjaśniony deficyt 100 000 rubli".

Ich sytuacja była dużo lepsza, bo dostawali do picia słodką wodę, importowaną z Kaukazu przez Morze Kaspijskie, ale też cierpieli na biegunkę. Nieraz z satysfakcją obserwowaliśmy, jak oficerowie dyżurni nie mogą doczekać końca apelu i biegiem gonią do ,,ubornej". Nie przypominam sobie z ich strony jakichś aktów zorganizowanego bestialstwa czy bicia więźniów. Był jednak zły okres pod koniec mego pobytu w szpitalu, gdy część stanowisk ,,komzwodów" objęli własowcy. Sporządzili sobie duże kije i jeden z nich zaczął bić Niemców Raz uderzył jakiegoś Polaka. Dziwnym trafem ten komzwod utopił się w latrynie, która od pewnego momentu stała się dużą sadzawką pełną fekalii. Był to prawdopodobnie nieszczęśliwy wypadek pijanego ,,komzwoda", bo własowcy nastawieni byli na zdobywanie alkoholu  pracując w mieście, ale od tego czasu skończyła się własowska  moda na noszenie kijów, a Polaków zaczęli traktować z wyraźnym szacunkiem.

Obszerniejsze fragmenty wspomnień opublikowane zostały w książce ,,Okruchy wspomnień z lat walki i martyrologii AK" wydanej przez Światowy Związek żołnierzy Armii Krajowej Oddział Kraków - Wschód.

[powrót]