Witold Kieżuń

Krzysztof Bąkała

Rocznik 22. Wilnianin z urodzenia. Absolwent Gimnazjum i Liceum Humanistycznego im. Ks. Józefa Poniatowskiego w Warszawie. Tak zwyczajnie zaczyna się historia człowieka, którego przyszłe przeżycia mogą stanowić kanwę niejednego filmu.

Przepraszam za ten wstęp. W wielu środowiskach - szczególnie naukowych i kombatanckich - nikomu nie trzeba przybliżać osoby Pana Profesora. Wydaje się jednak, że młodzi czytelnicy mogą nie być zorientowani, a wiem, że bardzo szukają autorytetów nie wykreowanych sztucznie przez dzisiejsze media.

Jeśli Pan Profesor pozwoli zacznijmy od Powstania Warszawskiego tego wielkiego dramatu pokolenia "KoIumbów". Znane są opinie o naszych powstaniach narodowych jako szkole światowego terroryzmu. Powstanie Warszawskie śmiało możemy nazwać narodowym. Panie Profesorze, jakie są Pana odczucia w tej kwestii?

Pojawiły się głosy tłumaczące terrorystów arabskich "bo przecież my też byliśmy terrorystami walcząc z Niemcami". Nieprawda, zachodzi tu zasadnicza różnica. My walczyliśmy z żołnierzami Wehrmachtu, gestapowcami, SS-manami. Nie organizowaliśmy zamachów na niemiecką ludność cywilną. Zamach Armii Ludowej na niemiecką kawiarnię Cafe Club w Warszawie spotkał się z oficjalnym potępieniem środowiska AK-owskiego.

To, że w niektórych akcjach dywersji ginęli cywile to był przypadek, a nie zaplanowana akcja. Terroryzm współczesny to walka globalna, to właśnie to czego domagał się Hitler w rozkazie rozpoczęcia wojny z Polską mówiąc: "nie miejcie litości, niszcząc całą polską ludność "

My nawet w czasie Powstania staraliśmy się zachować rycerski etos walki. Świetnie pamiętam jak już po zdobyciu Poczty Głównej 2 sierpnia 1944 roku, wychodząc na ulicę Warecką zobaczyliśmy niemiecki furgon z kilkunastu rannymi żołnierzami SS-Postschutz. Wszyscy podnieśli ręce do góry i zaczęli prosić: "Kameraden nicht schissen", koledzy nie zabijajcie nas. Ta prośba bardzo nas zdziwiła, odpowiedziałem, nie bójcie się zaraz wezwiemy sanitariuszki. Istotnie zostali wkrótce przetransportowani do polowego szpitala.

Po wojnie pracował Pan Profesor w NBP Jak to było z jego "destalinizacją"?

Pyta pan o "rewolucję" w Narodowym Banku Polskim w 1956 roku. Był to wspaniały okres daleko idącej odwilży i nadziei, że zwolniony z więzienia Gomułka doprowadzi do wolności naszą Ojczyznę. Pracowałem wówczas w Centrali Banku. Był to okres walki na Węgrzech. Pracownicy banku, stojąc w kolejce, oddawali krew dla rannych Węgrów. Warszawa była pokryta flagami węgierskimi z wyciętym w środku symbolem komunistycznym. W tej atmosferze buntu, odwilży i nadziei grono młodych ludzi stworzyło Komitet Destalinizacji Banku, w jego skład weszli członkowie Związku Młodzieży Polskiej, członkowie Rady Miejscowej Związku Zawodowego, także członkowie partii. Wspólnie z Jackiem Zembrzuskim byłym partyzantem Batalionów Chłopskich opracowaliśmy referat na ogólne zebranie pracowników centrali banku. Zaczynał się od oceny sytuacji politycznej i gospodarczej i formułował szereg konkretnych wniosków destalinizująrych zarządzanie bankiem z powołaniem samorządu pracowniczego w oddziałach banku, polityką kadrową z priorytetem kwalifikacji zawodowych, żądaniem powrotu do banku wyrzuconych ze względów politycznych fachowców, ujawnienia i zniszczenia istniejącego politycznego planu wymiany, pracowników, likwidacji luksusomanii kierownictwa i wnioskami dotyczącymi spraw gospodarczych z koncepcją samodzielności banku centralnego i postulatami dotyczącymi warunków pracy i płacy .

Zebranie 8 listopada 1956 roku zgromadziło setki pracowników i trwało około 8 godzin. Było ono pełne dramatycznych sytuacji np. znienawidzoną komunistyczną dyrektorkę oddziału chciano wyrzucić przez okno, a młoda pracownica publicznie oświadczyła, że oddała się vice-prezesowi banku za decyzje otrzymania mieszkania. Wszystkie proponowane i szereg zgłoszonych na zebraniu wniosków zaakceptowano.

W parę dni później spotkaliśmy się z ministrem finansów w jego gabinecie przedstawiając wnioski zebrania. Miałem wówczas przyjemność, wskazując na marmurowe posadzki wspaniałego gabinetu ministra, zapytać go czy nie wstydzi się takiego szastania pieniędzmi w obliczu nędzy naszego kraju? Ostatecznie minister Dietrich zagrożony generalnym strajkiem pracowników banku, planowanym na 31 listopada, z czym wiązało się nie wypłacenie uposażeń wszystkim pracownikom państwowym, podpisał zgodę na nasze postulaty.

Skończyło się to jednak specjalnym posiedzeniem rządu dnia 5 grudnia 1956 roku, na którym anulowano zgodę ministra finansów, a dla uspokojenia nastrojów pracowników bankowych przyznano im 5% podwyżki uposażeń ze wsteczną datą 1 grudnia 1956. Jednocześnie polecono wydalić z centrali banku wszystkich prowodyrów "junty" przenosząc ich do oddziałów terenowych. Tak skończyła się nasza rewolucja, ale jednak wywarła ona wpływ na dalszy rozwój wypadków bo po raz pierwszy okazało się, że opinia społeczna ma jakieś znaczenie. Zostały też zrealizowane postulaty powrotu do banku wyrzuconych w okresie stalinizmu fachowców, wrócił vice-prezes Gluck, natomiast wyrzucono z pracy w banku: vice-prezesa Wieczorka i dyrektor Wójcikową.

W jaki sposób został Pan ekspertem ONZ?

Od września 1980 roku wykładałem w Temple University, w Filadelfii jako tzw. "zaproszony profesor " (visiting professor). W grudniu tegoż roku, z inicjatywy eksperta ONZ, dr. Mikułowskiego, ta organizacja zwróciła się do Temple University z prośbą o wydelegowanie profesora, specjalisty teorii organizacji i zarządzania, na 6 tygodni do Burundi, dla opracowania projektu doskonalenia kadr i reformy administracyjnej. Ponieważ, jak się okazało, poza mną nikt z profesorów uczelni nie posiada wystarczającej znajomości języka francuskiego obowiązującego w Burundi rektor uczelni zobowiązał mnie do wyjazdu dla "ratowania honoru uczelni", bojąc się kompromitacji świetnego uniwersytetu. Opracowany przeze mnie projekt został bardzo dobrze oceniony i już w lutym 1981 roku kierownictwo ONZ zaproponowało mi pracę przy jego realizacji w Burundi. Okazało się jednak, że konieczna jest zgoda polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Dostałem ją po 10 miesiącach starań dzięki interwencji Henryka  Kisiela, mojego kolegi z młodości, który objął wysokie ministerialne stanowisko. Postawiono mi jednak warunek, że dopiero po powrocie z USA, wyjadę do Burundi z Polski.

Ostatecznie nie mogąc dojechać do Burundi via Warszawa, ze względu na stan wojenny wprowadzony 13 grudnia 1981 roku, udałem się 27 grudnia 1981 roku prosto ze Stanów do Bujumbury, stolicy Burundi. Stąd wysłałem do ambasadora Polski w Nairobi list, zawiadamiając go o swoim przybyciu. W odpowiedzi otrzymałem akceptację mego przyjazdu bez wizyty w Warszawie, z podaniem numeru konta Ministerstwa Finansów w Warszawie na które musiałem co miesiąc wpłacać 15% mojej pensji brutto.

Wcześniej miał Pan słynną serię odczytów ,,Spirit of  Solidarity" na 14 Uniwersytetach amerykańskich i kanadyjskich.

Rok 1981 był rokiem fascynacji Solidarnością w Stanach Zjednoczonych. Gdy na prośbę amerykańskich związków zawodowych wygłosiłem referat na temat "Spirit of Solidarity" (Duch Solidarności) w Seton Hall University w New Jersey, to później nie mogłem już dać sobie rady z licznymi zaproszeniami z uniwersytetów amerykańskich i kanadyjskich. W sumie odwiedziłem w 1981 roku 14 uniwersytetów, wszędzie wzbudzając entuzjazm dla polskiej idei Solidarności, jako nowoczesnej  koncepcji rozwiązania problemów konfliktów klasowych, odmiennej od antyhumanitarnej marksistowskiej idei walki klas. Z reguły moja prelekcja kończyła się owacją na stojąco na cześć Solidarności w Polsce ze skandowaniem: Solidarnosc, Solidarnosc (bez polskiej końcówki ść. Były to obok Powstania Warszawskiego najwspanialsze epizody mego życia.

Wracając do misji w Burundi, czyżby istniała jakaś analogia pomiędzy Centralną Afryką a Polską?

Fascynująca praca w Burundi, polegała głównie na oddziaływaniu na radykalne zmniejszenie gigantycznie rozwiniętej administracji. Po uzyskaniu niepodległości przez byłe kolonialne kraje Afryki Centralnej wszędzie powtarzała się identyczna praktyka (nawiasem mówiąc sprawdzalna również po 1989 roku w Polsce) olbrzymiego rozwoju centralnej administracji, tworzenia wieloszczeblowej administracji terenowej, luksusomanii polegającej na zakupie wspaniałych, koniecznie czarnych, Mercedesów (w Polsce to były równie drogie Lancie), przerobieniu budynku byłego kolonialnego gubernatora na luksusowy pałac prezydenta (u nas był to były Pałac Urzędu Rady Ministrów, którego koszty przerobienia na pałac prezydenta pochłonęły roczny budżet na kulturę), później na budowie gmachu parlamentu i luksusowego hotelu dla posłów (u nas powstał czterogwiazdkowy hotel poselski, oczywiście z basenem i sauną ), luksusowych budynków ministerstw i szybko upowszechniająca się korupcja związana głównie z procesem prywatyzacji znacjonalizowanych pokolonialnych przedsiębiorstw. Wszędzie obowiązywała zasada, że wysokie stanowisko administracyjne musi być źródłem szybkiego dorobienia się.

Praca w Burundi była pasjonująca, jest to bardzo piękny kraj o wysokich zielonych górach, z olbrzymim jeziorem Tanganika. Struktura ludnościowa to 84% Hutu o negroidalnej budowie, 14% Tutsi, pięknych ludzi o średnim wzroście 195 cm, wręcz klasycznych rysach twarzy i ciemnobrązowej karnacji skóry. Dalsze 2% to Pigmeje mieszkający w lasach. Tutsi rządzili w okresie mego pobytu, po krwawym ludobójstwie w 1972 roku, w czasie którego zamordowali prawie wszystkich wykształconych Hutu posługując się zbliżoną do niemieckiej i radzieckiej metody stosowanej w Polsce, a polegającej na niszczeniu, przede wszystkim inteligencji. To ludobójstwo, którego ofiarą padło około 200 000 Hutu stale ciążyło na stosunkach wewnętrznych. Tustsi mieli całkowicie opanowaną armię, policję i służbę bezpieczeństwa, Hutu to byli rolnicy, księża, nauczyciele w szkołach podstawowych i urzędnicy niższego szczebla. Nasze zadanie polegało na usprawnieniu metod zarządzania celem doprowadzenia do pełnej demokratyzacji. Świetnie układała się współpraca z konsulatem kanadyjskim i Nuncjaturą Apostolską, której sekretarzem był Polak. Istniała również świetnie pracująca polska misja katolicka Ojców i Sióstr Karmelitów, tworząca w prymitywnej prowincji ośrodek pracy misyjnej z kościołem, szpitalem i szkołą.

Jednak nie obyło się bez trudności?

Niestety w 1983 roku, sekretarz generalny ONZ w Nowym Jorku, otrzymał telegram z Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie zawiadamiający, że ministerstwo nie wyraża zgody, na pracę profesora Kieżuna w ONZ i, że powinien on natychmiast wrócić do Polski. Był to pierwszy tego typu przypadek natychmiastowego odwołania eksperta przed zakończeniem zawartej umowy o pracę. Szczęśliwie dowiedziałem się, z zastrzeżeniem tajemnicy, od bardzo przyzwoitego ambasadora polskiego przy ONZ, że jest to decyzja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a więc Urzędu Bezpieczeństwa. Zawiadomiłem o tym Sekretarza Generalnego ONZ, który pamiętając o aresztowaniu w Polsce eksperta ONZ, pani Wesołowskiej, zdecydował się na wysłanie depeszy,  że niemożliwy jest natychmiastowy mój powrót do Polski, ze względu na konieczność zakończenia bardzo ważnego projektu w Burundi. Na to przyszła zgoda na półroczne opóźnienie mego powrotu.

A1e został Pan dłużej?

il 1

Rozumiejąc, że powrót grozi mi poważnymi konsekwencjami, głównie, ale nie tylko, ze względu na moją, wspomnianą już, pro-solidarnościową akcję odczytową w 1981 roku, zdecydowałem się zostać za granicą i wysłałem do trzech uniwersytetów ofertę pracy. Wszystkie te uczelnie wyraziły zgodę na moje zatrudnienie. Wiązało się to ze świeżym wyborem mnie na członka światowej akademii zarządzania (International Academy of Management) cieszącej się wówczas dużym autorytetem w USA i Kanadzie. Zdecydowałem się jednak na powrót do Temple Universityw Filadelfii, gdzie uprzednio pracowałem cały rok i odniosłem duży sukces plasując się bardzo wysoko w anonimowej ocenie dokonywanej przez studentów. W telefonicznej rozmowie dziekan umówił się, że dwa tygodnie przed wyjazdem z Burundi, podam mu dokładny czas przylotu celem spotkania mnie na lotnisku i przygotowania odpowiedniego pomieszczenia. Niestety, na dwa tygodnie przed planowanym wyjazdem, na mój telefon dziekan prof. Mazze grobowym głosem oświadczył mi, że niestety nie przewidział wysokości posiadanych środków budżetowych, i że moje zaangażowanie jest w tym roku nieaktualne. .

Był to potworny zawód. Zatelefonowałem wobec tego natychmiast do Uniwersytetu w Montrealu. Następnego dnia dostałem faxem potwierdzenie zaangażowania i pismo do konsulatu kanadyjskiego w Nairobi o wydanie wizy do Kanady, upoważniającej do pracy w uczelni.

W ten sposób spędziłem dwa lata we wspaniałych warunkach pracy w Unlversite de Montreal z uposażeniem według najwyższej dostępnej stawki i "grantem" na książkę o zarządzaniu w państwach socjalistycznych. Pierwsze dwa wydania tej książki: "Management in Soaalist Countries": opublikowała Wyższa Szkoła Studiów Handlowych (HEC) Uniwersytetu w Montrealu w latach 1986 i 1988, a trzecie, uzupełnione wydanie zostało dokonane przez wydawnictwo De Gruyfer w Berlinie i Nowym Jorku w 1991 roku. Praca wzbudziła duże zainteresowanie również i mediów amerykańskich, ponieważ udowadniałem w niej moją tezę o nieuchronnym upadku ZSRR.

Czy sprawa odmowy zatrudnienia w Filadelfii wyjaśniła się w końcu?

Tak, wyjaśniła się wiele lat później, gdy spotkałem swego kolegę z Uniwersytetu w Filadelfii, który opowiedział mi, że na posiedzeniu Rady Wydziału dziekan zawiadomił, że angażuje dawnego kolegę Witolda Kieżuna do pracy w Temple University. Jeden z profesorów oświadczył, wówczas że, Witold pracując w Temple "przyznał" mu się że w czasie wojny był członkiem polskiej Armii Krajowej (Home Army), dlatego po zakończeniu wojny był aresztowany przez radziecki aparat bezpieczeństwa (KGB) i deportowany do obozu w Związku Radzieckim. Angażując go do pracy szkoła może mieć trudności ze współpracą np. z gminą żydowską, czy organizacjami kombatantów II wojny światowej. Ponieważ nikt nie wiedział czym była polska Armia Krajowa (Home Army) wyjaśnił, że gdzieś przeczytał, że to była to nazistowska organizacja współpracująca z hitlerowcami w czasie okupacji Polski. Ta informacja zdziwiła obecnych, bo pracując tam cały rok akademicki 1980-81 zdobyłem sobie opinię demokraty, humanisty, zaangażowanego w wyzwolenie Polski i entuzjasty ruchu polskiej Solidarności. Na moje pożegnanie miejscowe pismo studenckie opublikowało artykuł tytułując mnie "Wybitnym Europejskim Humanistą".

Czy podobne opinie o AK i w ogóle o naszej roli w II wojnie światowej panuje obecnie?

Nonsensowna opinia o współpracy Polaków z hitlerowcami najlepiej ujawniła się w ankiecie dla 102 moich kanadyjskich studentów przeprowadzona w 1992 roku. W związku z tym, że w Ameryce mówiąc o zbrodniach niemieckich w czasie II wojny światowej, z reguły określa się je jako dokonane przez Nazi, a nie przez Niemców, zapytałem, jakiej narodowości byli ci zbrodniczy Nazi? 62 studentów odpowiedziało, że to Polacy. Na moje pytanie, skąd taka nonsensowna odpowiedź wyjaśnili, że przecież często pisze się "Polish concentration camp Auschwitz", albo "Polish death camp", a Auschwitz-Oświęcim był przecież w Polsce. Niestety, ta opinia nie jest wystarczająco ostro dementowana i już mocno utrwaliła się w świadomości pewnej części młodego pokolenia amerykańskiego, ostatnio ugruntowując się po rozgłosie sprawy Jedwabnego i Ejszyszek.

Co ma również przełożenie na stosunki polsko-żydowskie. Czasem jednostkowe wydarzenia staje się za pośrednictwem tworzonych wyraźnie dla pieniędzy "dzieł" wielkim problemem narodowym i mają wpływ na nasz wizerunek w świecie.

Tak się składało, że miałem Żydów Ľze względu na ich intelektualne zainteresowania. Byli to partnerzy do dyskusji, młodzi ludzie interesujący się, podobnie jak ja, sztuką, kulturą, nauką. W czasie wojny schroniła się u nas koleżanka Matki ze studiów Irena Kiełmuć, która uciekła z getta w Łodzi i przyjechała do nas do Warszawy, moja Matka utleniła jej włosy na blond, ja załatwiłem dobrze podrobioną polską kenkartę i metrykę chrztu z naszej parafii. Po paru tygodniowym pobycie w nas wynajęliśmy jej dwupokojowe mieszkanie na ulicy Gdańskiej 2. Prowadziła prawie normalne życie, często nas odwiedzając i przyjmując nas w swoim mieszkaniu. W styczniu 1944 roku gestapo aresztowało ukrywających się w sąsiednim domu Żydów i od tego czasu już nie wychodziła z mieszkania. Moja Matka ze swoją siostrą i ze mną załatwialiśmy wszystkie sprawy jej aprowizacji. Otwierała drzwi tylko na nasz stuk pierwszej frazy 5 symfonii Bethowena. W czasie Powstania jej dom został wcześnie ewakuowany przez Niemców Szczęśliwie nierozpoznana została przewieziona do Pruszkowa, a później na "roboty" do Niemiec. Po wojnie zamieszkała we Francji. Również tak się złożyło , ze najlepsi moi doktoranci i w Warszawie i za granicą byli pochodzenia żydowskiego. W Montrealu współdziałałem z Fundacją Żydowsko-Polskiego  Dziedzictwa (Polish-Juish Heritage). Sądzę, że należałoby zdecydowanie przeciwstawiać się zarówno antysemityzmowi jak i antypolonizmowi i rozwijać pamięć o wspólnocie kulturowej. Faktem jest, że polscy Żydzi wzbogacili poważnie naszą kulturę, a my kulturę żydowską rozwijającą się przecież, przez bez mała tysiąc lat, na terenie Polski. Wzruszającym dowodem serdeczności, jaka spotkała mnie i moją żonę ze strony kanadyjskiego środowiska Polskich Żydów, było zasadzenie w kanadyjskim ogrodzie w Jerozolimie 50 drzewek ku naszej czci w 50-tą rocznicę naszego ślubu. (i1 1 - przyp. red.)

Wrócił Pan Profesor jeszcze do Burundi?

W roku 1984 rozpoczęła się akcja, zamknięcia kościołów i deportacji wszystkich misjonarzy organizowana osobiście przez prezydenta Bagazę, absolwenta antyklerykalnego Wolnego Uniwersytetu w Brukseli, otoczonego zespołem belgijskich doradców z tego uniwersytetu manifestujących swoją masońską przynależność sygnetami z symbolami masońskimi. Sytuacja ekspertów ONZ stawała się coraz groźniejsza, mieliśmy świadomość stałego  nadzoru policyjnego. W czerwcu 1986 roku na propozycję ONZ, mając status rezydenta Kanady, zgodziłem się na powrót do Burundi, w charakterze kierownika projektu moderenizacji administracji Burundi. Na wiosnę 1988 roku tajemniczo zaginął jeden z ekspertów francuskich, wyjechał z domu do  pracy i nie wrócił. Specjalnie przysłana Komisja ONZ-etu z Nowego Jorku przeprowadziła badanie i interweniowała bez skutku u miejscowych władz.

Urlop uratował Panu życie.

il. 2

Na początku lipca 1988 roku wyjechałem na 6-tygodnioy urlop do Kanady. Wróciłem 31 sierpnia. 3 września miał miejsce zamach stanu, prezydent Bagaza przebywał wówczas na konferencji szczytu frankofońskiego w Quebecu. Zbuntowani podoficerowie armii zajęli stację radiową i telewizyjną i ogłosili detronizację prezydenta powołując na jego miejsce skromnego instruktora wojskowego majora Buyoyę. (il. 2) Był to trafny, wybór. Nowy prezydent znający świetnie 4 języki (studiował w Belgii i w Niemczech), był mądrym człowiekiem, który zaczął swoje rządy od uroczystego otwarcia kościołów i powołania rady modernizacji kraju proponując mnie na jej kierownika. Ze względów formalnych oczywiście nie mogłem przyjąć tej funkcji, zostałem jej doradcą. Członek mego projektu Hutu został Ministrem Administracji. W rządzie było już 53% ministrów Hutu, otwarto również drzwi szkoły oficerskiej dla Hutu i w planie przewidziano proces pełnej ntegracji kreując ideę "Solidarności Hutu i Tutsi', jako Burundyjczyków.

Rozpoczęto intensywne szkolenie całej kadry administracyjnej zarówno w sprawnej organizacji jak i wiedzy o istocie demokracji. W prowadzonym przeze mnie kursie dla Radców Ministrów i Sztabu Generalnego brał również udział prezydent. Po zamachu stanu dostałem od nowego prezydenta list szefa urzędu bezpieczeństwa do uprzedniego prezydenta Bagazy wysłany pod koniec czerwca 1988 roku dotyczący mojej rzekomej współpracy z tajną organizacją Hutu. Wniosek był oczywisty: trzeba go zlikwidować. Na szczęście wyjechałem na urlop do Montrealu, a trzy dni po powrocie nastąpił zamach stanu, który ocalił mi życie. Przechowuję do dzisiaj ten donos na mnie szefa urzędu bezpieczeństwa w Burundi. (il. 2 - przyp. red.)

Co się stało dalej?

Ostatecznie w Burundi doszło do referendum z pytaniem czy chcesz pełnego pogodzenia Hutu i Tustsi i rozwijania wspólnej ojczyzny Burundi. Referendum było kontrolowane przez ONZ i Kanadę. Wynik był pozytywny: 89% od- powiedziało "tak", ale 11% "nie", i czasem nawet na karcie głosowania były napisy: "Śmierć Hutu", lub "Śmierć Tutsi'. Ostatecznie powstały partie polityczne, doszło też do demokratycznych wyborów prezydenckich. Prezydent Buyoya przegrał z kandydatem Hutu i ustąpił ze stanowiska gratulując swemu następcy, którym został magister psychologii, wykładowca w moim projekcie. Po zakończeniu mojego projektu i po bardzo uroczystym pożegnaniu zostałem przeniesiony z podobnym zadaniem do Rwandy. Demokratyczna idylla w Burundi trwała krótko, po 4 miesiącach miał miejsce krwawy zamach. Nowy prezydent i dwaj ministrowie, dawniejsi pracownicy mojego projektu zostali zamordowani. Pracowałem już wówczas w Rwandze, gdzie po niecałych dwóch latach został zamordowany mój współpracownik Kanadyjczyk z Quebecu Claude Cardinal. Rozgorzała wojna z Ugandą i masakra Tutsi dokonywana przez panujących tam Hutu. Projekt został zamknięty, a my w ostatniej chwili zostaliśmy szczęśliwie ewakuowani do Kanady. Niestety około 80% moich czarnych pracowników w Rwandzie zostało później zamordowanych. Tak się skończyła moja środkowo-afrykańska epopeja. Później miałem jeszcze okazję prowadzenia kursu ONZ dla członków Rady Ministrów w południowej części Mryki w Burkina Faso, gdzie szczęśliwie nie było już żadnych zagrożeń.

Z pobytem w Burundi wiąże się też współpraca Pana Profesora z Radiem Vaticana?

il. 3

W ramach bliskiej współpracy z Nuncjaturą Apostolską prezydent uzyskał osobistą audiencję u Ojca Świętego i zaprosił Go do Burundi. Wizyta miała miejsce w 1990 roku. Nuncjusz Apostolski zaproponował mi uczestniczenie w tej wizycie w charakterze korespondenta Radia Vaticana, miałem więc możność stałego przebywania obok Ojca Świętego, którego dobrze znalem z okresu moich studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim i kontaktów narciarskich w akcji Caritasu w jej domu na Cyrhli. Miałem nawet okazje wspólnego zjeżdżania z Kasprowego. (il. 3 - przy.red.)

Gdy Ojciec Święty przyleciał do Burundi na lotnisku wręczała Mu kwiaty Oleńka, mała, czarna córka małżeństwa Polki z murzynem ubrana w strój krakowski. Pozdrowiła Papieża po polsku, który bardzo zdziwiony zapytał: "Skąd córeczko tak dobrze znasz polski?" Oleńka odpowiedziała z dumą: "Bo ja jestem Polką". W tym momencie stojąc z boku zawołałem po polsku: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Ojcze Święty". Papież zdziwiony słysząc polskie powitanie rozejrzał się dookoła i zobaczywszy mnie, zawołał: "Witold , co ty tu robisz?"

Po 42 latach niewidzenia, pamiętał nawet moje imię. Później miałem okazje rozmowy z Papieżem. Pamiętał incydent, jak pierwszy raz będąc na Kasprowym i widząc we mgle pozornie nie oddaloną halę Gąsienicową, zdecydowałem się na szusowanie, oczywiście niebezpiecznie się przewracając.

Jesteśmy w przededniu obchodów naszego Święta Narodowego. Jakimi refIeksjami, w związku z tym, mógłby Pan Profesor podzielić się z Czytelnikami Pro Memoria?

Z dużym niepokojem obserwuję obywatelską pasywność polskiego społeczeństwa. We wszystkich krajach w których pracowałem widoczna była prezentacja wartości typu patriotycznego. W USA kraju będącego zlepkiem różnych grup etnicznych dzień 4 lipca, święto narodowe, jest dniem powszechnej radości i manifestowania swoich patriotycznych uczuć. Wszystkie domy są udekorowane flagami, w każdej miejscowości, organizuje się pochody z reguły pełne werwy i humoru, ludzie masowo kupują małe chorągiewki o barwach narodowych i machają nimi pozdrawiając defilujące różnego typu zespoły Pamiętam dobrze atmosferę poczucia jedności, wspólnoty, solidarności tłumu w San Diego oklaskującego, to weteranów z Wietnamu, to kawalkadę kowbojów i dziwnie postrojone pojazdy z ładnymi dziewczynami. We Francji 14 lipca to wspaniała defilada w Paryżu, a później zabawy na ulicach; oczywiście wszędzie pełno flag narodowych. W Montrealu, na mojej uczelni dzień nauki rozpoczynał się podniesieniem flagi Quebecu, burbońskich lilii na niebieskim tle. W Wielkiej Brytanii tłumy entuzjastycznie witają każdą kawalkadę królewskich karoc. W Szwecji, czy Norwegii jest powszechnie przyjęty zwyczaj wywieszania przed domem flag narodowych. Tymczasem przyjeżdżam do Polski w listopadzie i zgodnie ze zwyczajem amerykańskim wywieszam na 11 listopada na balkonie flagę narodową, wisi ona smutno, jedyna na całym terenie Szczęśliwic. Nasze nowe osiedle nie ma nawet uchwytów do wieszania flag. A uroczystość na placu Piłsudskiego? Maximum 200 - 300 osób słucha krótkiego przemówienia prezydenta i obserwuje skromniutki przemarsz paru oddziałów wojska. Ta obywatelska obojętność jest niepokojąca, świadczy ona o pewnej degradacji kulturowej. W badaniach socjologicznych jedynie 3% Polaków oświadczyło, że bardzo się interesuje polityką kraju, w wyborach samorządowych uczestniczy zaledwie jedna czwarta, czy jedna trzecia obywateli. W niedawnych wyborach na wakujące stanowisko senatora głosowało 5,6% uprawnionych. Truizmem jest stwierdzenie, że im człowiek reprezentuje wyższy poziom rozwoju, tym większą wagę przypisuje wartościom wyższego rzędu, tym w większym stopniu potrafi myśleć kategoriami interesu społecznego, tym więcej interesuje się sprawami idei, rozwoju ludzkości i problemami obywatelskiego ładu. Taka postawa kształtuje konstytucyjny postulat społeczeństwa obywatelskiego. Obecna daleko idąca aberacja, brak utożsamiania się z własnym państwem, z jego tradycją, z jego rytuałem, to co wiąże ludzi w USA, w Quebecu, we Francji jest bardzo smutnym zjawiskiem.

Dziękuję Panu Profesorowi za rozmowę.

[powrót]