Z Leszkiem Łojewskim, zamościaninem, który wraz z żoną Teresą Łojewską, odnowił krypty Kolegiaty, rozmawia Agnieszka Juzwa- Ogińska.

Podziemia Kolegiaty zamojskiej - dzieje nekropolii ordynatów ,,na Zamościu".

,,Wierny zmarłym  szanujący popiół- rozumiem, gniew księżniczki greckiej jej zaciekły opór ,  miała rację  - brat zasłużył na godny pochówek, całun ziemi  troskliwie zasunięty na oczy"- ten cytat z wiersza Zbigniewa Herberta z tomu ,,Rovigo" jest  najlepszym wprowadzeniem do  naszej rozmowy. Będziemy bowiem mówić - choć Dzień Zaduszny jest już za nami  - o pośmiertnych losach zamojskich ordynatów i o  Waszych staraniach, aby przywrócić  miejscu ich spoczynku należne dostojeństwo.Przypomnijmy: dziedzina rodu Zamoyskich, Ordynacja, której moc prawną nadał Sejm Rzeczypospolitej w 1589 roku, zajmowała obszar równy dzisiejszej Belgii i  była ,,państwem w  państwie".

Tak, była państwem z własną armią, urzędami, stolicą i udzielnym władcą w osobie ordynata. Fundator Ordynacji, kanclerz Jan Zamoyski wyposażył swoją stolicę w świątynie spełniającą  w państwie zamojskim taką rolę, jaką dla całego kraju spełniała Katedra Wawelska. Na Wawelu królowie byli koronowani, a w Kolegiacie zamojskiej wszyscy kolejni ordynaci składali w obecności infułatów zamojskich przysięgę na statuty ordynackie. W kryptach Wawelskich chowani byli królowie,  tutaj w kryptach Kolegiaty zamojskiej spoczywają ordynaci.  Bernardo Morando, architekt całego Zamościa, zaprojektował krypty kolegiaty pod każdą kaplicą świątyni. Do każdej z nich wprowadził oddzielne wejście z nawy bocznej. Były to drzwi w podłodze, pod nimi schody, którymi schodziło się do krypty.

Tych osobnych wejść do krypt dzisiaj już nie ma.

Zostały zamurowane podczas przebudowy i modernizacji kościoła. Po pierwszym rozbiorze Polski, kiedy Zamość znalazł się w granicach Austrii, cesarz Józef II wydał zarządzenie zakazujące grzebania zmarłych w podziemiach kościoła. Wtedy to właśnie częściowo zasypano i zamurowano północną stronę podziemi oraz dwie krypty od strony południowej wraz z trumnami tam się znajdującymi.

Oprócz rodu Zamoyskich spoczywają w tych podziemiach ludzie zasłużeni dla miasta i kościoła.

Oczywiście. Leżą tam kanonicy kapituły zamojskiej, profesorowie Akademii Zamojskiej, członkowie bractw takich jak Świętego Różańca, Świętego Szkaplerza czy Literackiego

Na szczęście krypty kanclerskiej nie zasypano!

Zamoyscy wywalczyli dla siebie zgodę na kontynuowanie swego rodowego cmentarza w podziemiach kolegiaty, z tymże trumny ordynackie zostały przeniesione do czterech krypt południowych i tam stłoczone, na podłodze, na piętrowych stojakach. Krypty  te później ze względów praktycznych połączono korytarzem z jednym wejściem. W XIX wieku, kiedy twierdza Zamość stała się własnością rządu, Zamoyscy przenieśli  się do pobliskiego Klemensowa, gdzie mieli swój pałac. Natomiast Zamość zaczął podupadać, podziemiami mało kto się zajmował, Zamoyscy byli daleko. Zdarzyło się nawet, że  wody gruntowe zalały podziemia i trumny w nich pływały.  Dopiero w 1938 roku, niedługo  przed śmiercią XV ordynata Maurycego, Jan, późniejszy XVI ordynat korzystając z tego, że wcześniej jego ojciec założył światło w Kolegiacie, uporządkował krypty. Z jego polecenia wykonano wtedy  nowe jednakowe  Ľsię przenieść, trzeba pokrywę oddzielnie, dół oddzielnie. Coś na ten temat wiem, bo my to dźwigaliśmy! Do tych Ľraziło to takim strasznym nieładem. 

A nieład rzeczywiście musiał być wielki, bo przecież nie tylko czas czy woda niszczyły krypty, ale także człowiek!

fot. 1

fot. 2

fot. 3

fot. 4

Otóż to! 18 lat wcześniej przykra sprawa spotkała podziemia. W czasie wojny polsko-bolszewickiej Konna Armia Budionnego dotarła pod Komarów i wysłała zwiad konny w stronę Zamościa. Kozacy od strony Topornicy wjechali do bezbronnego miasta - tu nie było jeszcze ani jednego żołnierza. W tym samym momencie, gdy oni zbliżali się do Kolegiaty, wjeżdżał na zamojską stację kolejową, oddaloną kawałek od miasta, pociąg z pułkiem Strzelców Kaniowskich, którzy dopiero mieli się rozładowywać. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że Kolegiata nie była zamknięta. Bolszewicy wjechali od strony bramy Szczebrzeskiej, czyli prosto nieomalże w główne drzwi. Kościelny w tym czasie sprzątał podziemia. Krypty były otwarte,  więc Kozacy wpadli do podziemi, postawili kościelnego pod ścianą z rękami do góry, a sami zaczęli rozglądać się za łupem. Trumny, wiadomo, stare, ale ludzie ci mieli już wprawę w tego typu znaleziskach, więc zaczęli rozbijać trumny. W pierwszej akurat natrafili na klejnoty, więc sprawa poszła bardzo szybko, zapał rabusiów wzrósł. Ale jeden z nich, prawdopodobnie dowódca zwiadu, poszedł dalej, głębiej w podziemia i spod jednej z trumien wyciągnął kociołek miedziany, zapieczętowany korkiem, woskiem zalakowany. Wziął za ucha, coś tam chlupocze, co to może być? Jakieś stare, dobre mszalne wino- tutaj pewnie zapomniane. Wyjął szablę i palnął w ten korek. Zawartość chlusnęła mu w twarz i on padł martwy. Pozostali  się przestraszyli, nie wiedzieli, co się stało, a tu już czujka zaczęła krzyczeć, że wojsko polskie się zbliża, więc złapali tego dowódcę i  to, co zdążyli  zrabować z tych porozbijanych trumien, po drodze jeszcze parę sreber zawinęli w obrus z ołtarza, i na konie. Podcieniami w stronę bramy Lwowskiej uciekli, ostrzeliwując się i  niestety udała im się ta ucieczka.

Ale co się stało? Dlaczego dowódca padł?  Co za kociołek?

Otóż zwłoki ordynatów mumifikowano jeszcze do początku XIX wieku. Wyjmowano wszystkie wnętrzności, składano do specjalnych kociołków, ciało wypychano różnym ziołami zasuszonymi, a miejsce po mózgu wypełniano końskim włosiem. Serca ordynatów umieszczano w srebrnych ozdobnych puszkach w kształcie serca. Kociołki z wnętrznościami w początkowym okresie były zamykane korkami, lakowane, później były lutowane. I ten nieszczęśnik, spragniony starego trunku, trafił na najstarszy z zachowanych kociołków, czyli na - można powiedzieć- własność Katarzyny z Ostrogskich Zamoyskiej, żony II ordynata, Tomasza, bardzo zacnej osoby. Kociołek został poruszony gwałtownie, pomieszany. Po uszkodzeniu korka nastąpiła najpewniej chemiczna reakcja, która spowodowała wybuch. Zawartość widocznie była tak zjadliwa, że Kozak się zatruł.

Niesamowita historia! Więc Katarzyna czuwała?

Katarzyna zza grobu czuwała i uratowała podziemia przed całkowitym splądrowaniem. Tym niemniej Kozacy zdążyli narobić dużo szkód. Trumny zostały porozbijane, zmumifikowane zwłoki rozrzucone po podłodze, insygnia i odznaczenia kanclerskie zrabowane.

Dlatego właśnie ostatni ordynat zastał tak straszliwy nieład w kryptach i postanowił je uporządkować. Po wielu latach, po wojnie i u schyłku PRL-u, wrócił do tej idei i wtedy zwrócił się do Was.

Ordynat  Jan Zamoyski, w  1988  roku -  już było wtedy gotowe Muzeum Sakralne Kolegiaty - kiedyś u nas przy kolacji, stwierdził, że zamierza wydać album o Zamościu i właśnie wszedł w kontakt z dobrym fotografem. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że oczywiście Kolegiata musi być na tych zdjęciach (wtedy to jeszcze była Kolegiata, w tej chwili  świątynia ta podniesiona jest do rangi Katedry) i trzeba zrobić zdjęcia podziemi, krypty kanclerskiej. Myśmy popatrzyli po sobie, bo wiedzieliśmy, że to raczej się do zdjęcia nie nadawało. Stan ówczesny nie pozwalał. To mogłoby tylko niedobrze świadczyć o zamościanach, o pamięci potomnych dla założycieli miasta i jego dobrodziejów. ,,To może" -  stwierdziliśmy ĽMieliśmy parę dni czasu. Polecieliśmy z żoną Terenią do podziemi, żeby zobaczyć, jak to jest. Fatalnie! Trzeba by wynieść to wszystko, żeby chociaż obielić, dziury połatać, sprzątnąć. Powynosić te trumny, bo inaczej się nie dało. Takiej ogromnej podwójnej trumny nie da się od razu wynieść, trzeba najpierw zdjąć wieko, później resztę. Po zdjęciu wieka pierwszej trumny okazało się, że w środku jest ta trumna właściwa, oryginalna. Wtedy dowiedzieliśmy się, jak to było i skąd się te ,,pokrowce" wzięły. ,,Pokrowce" były ogromne, czarne, białą farbą malowane napisy. Niestety, okazało się, że napisy na tych międzywojennych tabliczkach, nie bardzo się zgadzają z tymi na trumnach właściwych w środku. To już nas zaczęło zastanawiać i bardzo niepokoić. Coś jest nie tak, może by więc warto przy tej okazji stwierdzić, co tam w środku jest. Ale najważniejszą rzeczą w tym momencie było jednak przygotowanie  krypty kanclerskiej do fotografii. Kiedy zaczęliśmy wynosić trumny, okazało się, że trumna Andrzeja Zamoyskiego, X ordynata, jest uszkodzona i to do tego stopnia, że część nóg się wysuwa. Ruszyć  więc tej trumny nie mogliśmy, trzeba było najpierw przełożyć Andrzeja w jakąś inną trumnę. Znaleźliśmy na dzwonnicy nieużywaną, piękną trumnę, która kiedyś w starej liturgii służyła do nabożeństw żałobnych. Wspaniale się nadawała dla Andrzeja. Dziekan, ksiądz Żurawski, zgodził się, że on na swój koszt wykona na tę trumnę ,,pokrowiec" podobny do tych, które były robione w latach 30. Mieliśmy mało czasu, ale stolarz stanął na wysokości zadania i w dzień i  noc taki ,,pokrowiec" zrobił. Wtedy przyszedł ksiądz Jacek, odprawił modlitwę i zaczęliśmy otwierać i przenosić X ordynata, autora reform ustrojowych, współtwórcę Konstytucji 3 Maja.  Ciało zachowało się wspaniale! Andrzej ubrany był w bordową delię, na kołnierzu miał wyhaftowany złotem Order Orła Białego. Widać było, że na wstędze, która go przepasywała taki order również kiedyś miał. Niestety na końcu wstęgi orderu nie było -  tylko przerdzewiałe przerwanie. Order musiał ktoś wcześniej zabrać.

fot. 5

fot. 6

fot. 7

fot. 8

Może Kozacy Budionnego?

Być może, być może. W każdym razie orderu już nie było. Ostrożnie przenieśliśmy Andrzeja. Z pierwotnej trumny zachowało się wspaniałe epitafium wykonane w mosiądzu, piękna tabliczka, którą przytwierdziliśmy do ,,pokrowca".

Wtedy dopiero mogliście się zabrać do renowacji krypty kanclerskiej?

Krypta została wyłatana, otynkowana, wybielona, ale w oczy rzucała się brzydka podłoga, pokryta ziemią. Spróbowaliśmy ją podskrobać, wyrównać. Pod pięcioma centymetrami naniesionej ziemi i śmieci ukazała się naszym oczom wspaniała posadzka kamienna z okresu budowy Kolegiaty - czyli XVII wiek. Wspaniały wapień, bardzo dobrze zachowane duże ładne płyty. Z czyszczeniem posadzki zdążyliśmy na czas. Ale za to fotograf na czas nie przyjechał, więc myślimy, co by tu jeszcze  zrobić? Wspaniale to niby wygląda, ale brakuje nam czegoś na dużej ścianie, na którą się patrzy poprzez drzwiową kratę. Wcześniej znaleźliśmy na strychu biblioteki kolegiackiej starą siedemnastowieczną chorągiew żałobną, czarną ze wspaniałym srebrnym napisem i  z czaszką. Powiesić to, wyeksponować? Ľjeszcze bardziej zniszczyłaby się materia,  ale z kolei  taka chorągiew to byłby wspaniały element zamykający. Wpadliśmy więc na pomysł, żeby na ścianie wykonać kopię chorągwi. Pracy tej podjął się kopista, pan Marek Kaszuba, człowiek o ogromnym talencie i sercu dla zamojskich spraw.  Marek przez noc popracował i na ścianie do dziś wisi ,,chorągiew" - perfekcyjne wykonana kopia.

I wreszcie przyjechał oczekiwany fotograf?

Przyjechał, ale z inną koncepcją. Nastawiony nie na wnętrza, ale na architekturę. Fotografia krypt znowu odsunęła się w czasie. Było nam to bardzo na rękę, bo pomyśleliśmy sobie, że skoro ta kanclerska krypta tak wspaniale wygląda, to dlaczego inne krypty nie mogłyby wyglądać tak samo. Byłby to cenny obiekt turystyczny, przyciągający zwiedzających.  Piękna lekcja historii.  Uzyskaliśmy zgodę ordynata. ,,Proszę bardzo"- powiedział-  ,,macie wolną rękę możecie wszystko robić". Dziekan również zaakceptował nasze projekty. 

Zapewne wtedy wyłoniła się kwestia tych dwóch zapomnianych, zamurowanych krypt południowych?

Nie chcieliśmy dopuścić do tego, żeby zwiedzający podziemia przepychali się między trumnami i dlatego umyśliliśmy sobie, że trzeba przywrócić do użytku dwie zamurowane krypty. Miałem świadomość, że pod każdą kaplicą jest krypta, bo przecież kolegiata była budowana w porządku renesansowym z zachowaniem całkowitej symetrii. Przekonałem dziekana, ze musimy się przebić do zamurowanych krypt, odnaleźć je i uporządkować, a potem powstawiać tam trumny, których nagromadziło się tak wiele, że uniemożliwiały komunikację.Jednak porywając się na otwieranie tej dalszej części, nie zdawałem sobie sprawy,  za co się biorę. Okazało się, że ściana, którą postanowiłem przebić, jest tak niezwykle twarda, że trzykilowy młot odskakiwał, a ściana kruszyła się zaledwie milimetrami. Po dwóch dniach pracy - okazało się, że ściana ma ponad metr- wybiłem ostatni kawałek, za którym spodziewałem się pustki lub spotkania ze schodami, które biegły od nawy bocznej.  Tam jednak natrafiłem na ubitą ziemię. Ręce mi opadły. Mówię do żony : ,,Idziemy do domu coś zjeść, przyjdziemy po południu i na spokojnie pomyślimy co dalej". Poszliśmy do domu. Zdążyliśmy jedynie zrobić herbatę, kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił dziekan ze słowami ,,Panie Leszku, mam kryptę!", ,,Rany Boskie, a któż tam..?", ,,A kościelny Andrzejek właśnie się tam dostukał", ,,Niech on biegiem ucieka, dezynfekuje się!" . Od razu mi przyszły na myśl różne ,,zemsty grobów"!

fot. 9

fot.10

fot. 11

 Na przykład Kazimierza Jagiellończyka?

I nie tylko. Zdawałem sobie sprawę, że porywamy się na rzecz bardzo niebezpieczną  i jeżeli to dotyczy świadomie nas, no to trudno, ale  nie chciałem mieć na sumieniu nikogo innego. Przestraszony Andrzejek oczywiście natychmiast poszedł się dezynfekować zewnętrznie i wewnętrznie. Chorował po tym dwa dni co najmniej, ale żądna klątwa z grobowca go nie dosięgła. A my natychmiast zabraliśmy z domu kwarcówkę i kryptę przez otwór naświetlaliśmy ultrafioletem, żeby chociaż trochę te zarazki sprzed wieków, które tam mogą być, unieszkodliwić. Później powiększyliśmy tę dziurę i wybraliśmy ziemię. Przebiliśmy się, jak się okazało, pod schodami schodzącymi do krypty, więc stąd ta ziemia. Śmiało zabraliśmy się za rozkuwanie reszty, jednak to cośmy tam zastali  przyprawiło nas o dreszcz Ľwykopany dół głębokości półtora metra, tak głęboki, że wchodził pod fundament filaru,  który wisiał, był w fatalnym stanie ( oczywiście od razu to zabezpieczyliśmy, podstemplowaliśmy filar ). 

Na przekroju tego dołu było widać warstwowe pochówki, tak jakby jedne zwłoki kładziono na drugie i przysypywano wapnem.  Ciała leżały w jednakowych ubraniach, przypominających umundurowanie. Doczytaliśmy się, że Szwedzi, którzy byli więzieni w Zamościu, zmarli na zarazę. Widocznie był to pochówek tych Szwedów, których przysypano wapnem, później ziemią.  To nas jeszcze bardziej zmroziło, bo zdaliśmy sobie sprawę z niebezpieczeństwa, no ale powiedziało się ,,a", trzeba było powiedzieć ,,b". Szwedów na powrót przysypaliśmy i przykryliśmy ich nową posadzką.

Później zajęliście się drugą kryptą. Czy natknęliście się na podobne przeszkody?

Niestety tak - ściana kolejnej krypty była jeszcze grubsza, miała dwa metry, więc do tej pracy wynająłem robotników, bo nie dawałem sam rady.  Wykuliśmy tam przejście na tyle szerokie, żeby można  było wnieść trumny i uporządkować krypty. W tej ostatniej krypcie na ścianach był wyraźnie zaznaczony poziom wody, która niegdyś zalała podziemia i sięgała ponad metr, oraz ślady na ścianie jak gdyby pływających, stukających w mury trumien. Posadzka była z cegły. Pokazały się też wspaniałe schody z portalem prowadzące do nawy bocznej, od góry zamurowane. Zajęło nam sporo czasu doprowadzenie tego wszystkiego do porządku, wybudowanie korytarza łączącego korytarz główny z XIX- wiecznej przebudowy z tymi dwoma kryptami. I teraz trzeba było myśleć, jak to ustawić, żeby to miało sens, bo trumny stały bezładnie. Postanowiliśmy, że nie będziemy zmieniać ustawienia w krypcie kanclerskiej, w której spoczywają I, II, IV i X ordynat. W kolejnej leży przedostatni ordynat Maurycy z żoną Marią ( bo ostatni jeszcze żył, ale dziś też tam spoczywa) oraz jego ojciec Tomasz Franciszek - tak zostaje, a w  kryptach następnych będzie odliczanie do tyłu. Ostatnią kryptę przeznaczyliśmy dla kobiet z rodu. Wynosiliśmy więc te trumny, remontowaliśmy, porządkowaliśmy krypty i wstawialiśmy trumny w nowe miejsca.

Ale przedtem znowu musieliście sprawdzić, czy napisy, które widniały na wtórnych epitafiach na ,,pokrowcach" zgadzały się z inskrypcjami na trumnach oryginalnych?

I okazało się, że w większości napisy się nie zgadzały! Dlatego musieliśmy otwierać trumny i to wszystko układać właściwie. Niektóre zwłoki zachowane były świetnie, ale najlepiej zachowała się mumia Katarzyny z Ostrogskich Zamoyskiej, tej,  której kociołek otworzył Kozak.  Można było dokładnie zobaczyć, jak ona wyglądała i nie było wątpliwości, że to ona. W dobrym stanie przetrwał też spód  jej trumny z wybitymi złotymi gwoździami  inicjałami K.Z.,   z herbem i  datą śmierci Katarzyny- 1642. Ordynatowa była pochowana w brązowej, wiotkiej sukni, w czepku, przykryta tiulem. W rękach trzymała krzyż prawosławny, na piersi miała torebkę z materiału z różańcem z piasku pustyni, obok niej leżał krzyż rzymsko-katolicki. Była pochowana bez butów, zgodnie z tradycją prawosławną. Bardzo ciekawa rzecz, pogodzenie dwóch obrządków. Ostrogscy przeszli na katolicyzm bardzo późno, byli to przecież książęta ruscy z pochodzenia. Przy kolejnej trumnie też nie mieliśmy wątpliwości. Strój francuski, koszulka z żabotem, niesłychanie wykwintna, krótkie pantalony,  pod kolanami pończochy i buciki na słupku. Wiadomo, III ordynat Jan ,,Sobiepan", zmarły w1665 roku. Co nas zaciekawiło? Poła tego francuskiego kaftana lekko odstawała, a ponieważ materiał był w doskonałym stanie, odchyliliśmy tę połę i okazało się, że ,,Sobiepan" ma tam schowaną  przepiękną srebrną puszkę ze swoim sercem.   Przy kolejnej trumnie, pomimo że napis na wieku Ľnastręczała trudności. Typowy szlachciura, w kontuszu, żupanie, przepasany wspaniałym pasem słuckim,  z wąsami, czyli Jan Jakub Zamoyski, IX ordynat, zwany Łaskawym, żyjący w XVIII wieku. Napis na ,,pokrowcu" głosił, że to Aleksander. Na następnej trumnie też widniał napis ,,Aleksander Zamoyski". Dwóch  Aleksandrów? Zaraz, coś jest nie tak. Podnosimy wieko, w środku dwie małe trumienki. Przepiękny bordowy aksamit, ślicznie wyrobione. Na czołach trumien w srebrze wygrawerowane piękne epitafia. Okazuje się, że to dzieci Konstantego i Anieli Zamoyskich  zmarłe w XIX stuleciu. Następna niespodzianka, bo żadnych przekazów nie było, żeby w Kolegiacie chowano dzieci.

Co jeszcze szczególnie zostało Wam w pamięci?

Trumna z ciałem Klemensa Zamoyskiego. W środku ĽKlemens, można było poznać jedynie z ikonografii, po kurtce mundurowej. VIII ordynat, żyjący w latach 1738-1767, był pułkownikiem wojsk koronnych i na portretach przedstawiany jest w stroju pułkownika,  a ta kurta właśnie była taka, jak z obrazów, identyczna, z tymże podarta, jeden mankiet całkowicie oddarty, ale ze wspaniałego złotogłowiu. Po przetarciu kurzu okazało się, że to niezwykła robota: kawałkami złota, czystego kruszcu, haftowane przepiękne wzory, które układały się w kwiaty, liście, łodygi. Coś wspaniałego! Stwierdziliśmy, że tego typu rzeczy nie powinny być schowane.

Pomyśleliście o ekspozycji muzealnej?

Niektóre przedmioty, które bez uszczerbku dla zmarłych dawało się wyjąć, przełożyliśmy do oddzielnej gabloty i zrobiliśmy ekspozycję, żeby dać zwiedzającym wyobrażenie o tym, jak to wszystko wyglądało. Na przykład z puszki na serce Marcina Zamoyskiego, IV ordynata, zachowało się tylko wieczko, więc je wyeksponowaliśmy.

W osobnej gablocie umieściliście serce ,,Sobiepana".

Tak, piękna puszka z jego sercem, dzieło sztuki złotniczej na skalę europejską, była w całości.  W ostatniej krypcie, w ,,babińcu" - tam gdzie umieściliśmy kobiety, żony ordynatów - we wnęce z pięknym portalem, na postumencie ustawiliśmy przeszkloną gablotę z sercem ,,Sobiepana". Ponieważ lubił kobiety, to był w otoczeniu samych pań.

Tak, ĽZamoyski  w  rozmowach z  Robertem Jarockim (rozmowy te złożyły się na książkę ,,Ostatni Ordynat")  próbował bronić swego swawolnego przodka, podkreślając jego rolę jako mecenasa sztuki. ,,Sobiepan" bowiem założył w Zamościu teatr i wzbogacił zbiory biblioteczne Akademii Zamojskiej. Ale wracając do jego losów pośmiertnych: proszę przypomnieć głośną sprawę kradzieży jego serca.

Dwoje młodych weszło do krypt i dziewczyna stwierdziła, że takie serce srebrne bardzo by się jej przydało - ona by sobie coś tam składała, jakieś swoje pamiątki. I chłopak, niewiele myśląc, zabrał serce z gabloty.

Ale udało się odnaleźć serce.

Tak, szczęśliwie się udało, nie zdążyli zniszczyć- bo w  momencie, gdy zrobiło się głośno, to chłopak, jak się potem okazało, nosił się z zamiarem pocięcia tego  na kawałki i wyrzucenia.

A serce było w puszce? Pewnie sproszkowane?

Nie, to była zielona bryłka i niestety bezmyślnie ją wyrzucił!

Czy udało się Wam zidentyfikować wszystkich zmarłych ordynatów?

Tak, wszystkich. Na koniec nam zostały cztery trumny, które nie były trumnami ordynatów. Z dwiema nie mieliśmy problemów. Były dobrze opisane, jednakowe, obite czarnym aksamitem, w stylu francuskim -  Jana  Adama Zamoyskiego (1802-1879), ojca Konstantego, założyciela ordynacji kozłowieckiej, i jego żony Anny z Mycielskich. Nie umieściliśmy ich w kryptach ordynackich, ale ich trumny wyeksponowaliśmy w korytarzu na specjalnym stojaku. Pozostały dwie trumny metalowe, bliźniaczo do siebie podobne, bez napisów,  nie bardzo było wiadomo, kto w nich jest. W trumnie męskiej większej, przez środek przeszklonej, leżał zmumifikowany mężczyzna trzymający krzyż- prawdopodobnie Placyd Kurdwanowski, żyjący w wieku XVIII Kuchmistrz Wielki Koronny, który wraz z tym tytułem otrzymał od króla tu w okolicach Zamościa, na obrzeżach ordynacji majątek Łaszczówkę. Odnaleźliśmy także kociołek z wnętrznościami pani z Granowskich Kurdwanowskiej, jego żony. Pani Granowska była spokrewniona z Zamojskimi, dlatego im obojgu udostępniono rodzinne krypty. Umieściliśmy ich w krypcie przejściowej, oddzielnej.  Dla kociołków z Ľone są warte pokazania. Pozostawało jeszcze zrobić dobre oświetlenie i posadzkę i można było oddać krypty.

Ostatni ordynat na pewno się bardzo Waszymi pracami interesował.

Przy którejś wizycie zapytał nawet, czy tu  jest dla niego miejsce, bo on tu chce spocząć, ale tylko z żoną. Ja mówię -  Ľwarszawskich Powązek do Kolegiaty przeniesiono jego żonę Różę, która zginęła w wypadku jeszcze w 1976 roku i w tej chwili są wszyscy w komplecie. Cykl się zamknął...

....a  krypty kolegiaty zostały odrestaurowane.  Chciałabym zadać jeszcze jedno pytanie: czy tak trudne, niebezpieczne i - szczerze mówiąc - nieco makabryczne prace wykonywaliście w rękawiczkach?

Nie, myśmy wszystko robili gołymi rękami. Robiąc to, nie mieliśmy żadnych najmniejszych oporów, byliśmy oboje z żoną głęboko przeświadczeni, że nic złego nie może nam się stać, że oni nam krzywdy nie mogą zrobić. Mówiliśmy do nich, że i my krzywdy im nie uczynimy, że to dla ich dobra, że to lepiej. Rozmawialiśmy z nimi, odmawialiśmy nad nimi  modlitwy za ich spokój. Wiedzieliśmy ponad to, że nasza praca jest słuszna i potrzebna, bo służy uporządkowaniu miejsca pamięci i udokumentowaniu historii. 

[powrót]