Michał Bogacki

Wojenne losy Kilidż Arslana I,  czyli jak słodki jest smak zemsty

Ród Seldżuków, przewodzący turkmeńskim plemionom Oguzów (arab. Ghuzz) w ciągu blisko pół wieku opanował ogromne terytoria od Afganistanu, aż po Morze Śródziemne. Ich pochodzenie owiane jest tajemnicą. Założyciel rodu, Seldżuk, zmarł około 1010 roku. Miał on dwóch synów, Izraela (po islamizacji zwanego Arslanem) i Mika`ila. Właśnie od Mika`ila wywodziła się dynastia Wielkich Seldżuków, zaś od Arslana Seldżucy z sułtanatu Ar-Rumu, których drugim przedstawicielem był właśnie Kilidż Arslan I.

W roku 1055 naczelnik seldżucki Tughril Beg syn Mika`ila opanował Bagdad. Kalif Bagdadu, następca Proroka, dziedzic wspaniałego niegdyś kalifatu abbasydzkiego, Al-Ka`im stał się potulnym wykonawcą woli potężnego najeźdźcy. Jeszcze w tym samym roku kalif nadał Tughril Begowi zaszczytny tytuł sułtana. Kolejnymi sułtanami byli, jego bratanek Alp Arslana (panował 1063-1072) i jego syna Malikszaha (1072-1092). W okresie ich panowania posiadłości Seldżuków rozrosły się. W roku 1078 Seldżucy zajęli Jerozolimę, wcześniej będącą pod władaniem egipskich sułtanów z dynastii Fatymidów. Wkrótce obszary kontrolowane przez Wielkich Seldżuków, jak ich nazywano, obejmowały obszar dzisiejszego Iranu, Iraku i część Syrii. Ogromne państwo seldżuckie nigdy jednak nie było scentralizowane. Władzę na rozległych obszarach sprawowali krewniacy sułtana bądź jego dowódcy wojskowi w większym lub mniejszym stopniu niezależni. Było to zresztą zgodne z rodową tradycją Seldżuków, która zamiast pojedynczego władcy z dynastii preferowała rządy wszystkich jej przedstawicieli. Funkcjonowanie całego sułtanatu zależało więc głównie od cech charakteru jego władców. Po śmierci Malikszaha w 1092 roku doszło do zwycięstwa tendencji decentralistycznych, które wpłynęły na znaczne rozdrobnienie władzy wewnątrz państwa Wielkich Seldżuków.

Zdobycie Nikei przez Krzyżowców

Na terenie Zachodniej Anatolii w przeddzień pierwszej krucjaty istniał inny, mniejszy sułtanat seldżucki, wspomniany już Ar-Rumu. Powstanie tego organizmu było związane z wydarzeniami, jakie miały miejsce po bitwie pod Mantzikertem (lub Malazgird) nad jeziorem Wan, w roku 1071. Wtedy to armia Wielkiego Seldżuka Alp Arslana rozbiła wojska bizantyjskie bazyleusa Romana IV Diogenesa. Była to najstraszniejsza bitwa w historii Bizancjum, wyznaczająca początek końca panowania Konstantynopola nad obszarem Azji Mniejszej. Najważniejsza prowincja bizantyjska stanęła otworem dla tureckich koczowników.

Ich spontaniczne inwazje rozpoczęły się na dobre w roku 1073. Był to początek osadnictwa tureckiego na obszarze Azji Mniejszej, które po kilku latach osiągnęło już znaczne rozmiary. Nie był to jednak bynajmniej podbój zbrojny. Gromady koczowników wdzierały się na rozległą równinę centralnej Anatolii wraz ze swymi rodzinami, namiotami stanowiącymi ich domostwa oraz z własnymi stadami koni. Bardzo szybko miejscowa ludność chrześcijańska w obawie przed nomadami porzucała swoje wioski nieraz z całym dobytkiem. Już po dwudziestu latach większość ludności zamieszkującej Anatolię stanowili Turcy.

Wielkiego Seldżuka dowódców tureckich. Owi watażkowie, podporządkowywali sobie większe lub mniejsze obszary i dalej prowadzili własną politykę. Początkowo ograniczali się do zajmowania otwartych terenów. Dopiero później, wykorzystując częste niepokoje w Konstantynopolu, stopniowo wprowadzali swoje garnizony do miast. Liczni dowódcy seldżuccy, na przykład Malik Ghazi Kumusztakin Daniszmend czy Czaka, stopniowo usamodzielniali się i zakładali własne, mniejsze lub większe, księstewka- emiraty.

Wkrótce po pierwszych migracjach tureckich na tereny anatolijskie sytuacją zainteresował się sułtan Malikszach. Pragnął on ukrócić samowolę tureckich dowódców i szalejących tam szczepów zanim stałyby się na tyle silne, by móc zwrócić się przeciwko Wielkiemu Seldżukowi. Do Anatolii wysłany został krewniak sułtana, Sulajman ibn Kutulmisz.  Wkrótce uniezależnił się od swego mocodawcy, podporządkował sobie Zachodnią Anatolię i w 1077 sam mianował się sułtanem Ar-Rumu. W roku 1081 jedno z najbardziej czczonych miast chrześcijaństwa, starożytna Nicea (tur. Iznik) stała się stolicą nowego sułtanatu. W tym samym roku nowy bazyleus Aleksy Komnen zawarł z nim formalny układ pokojowy, w którym przyznawał się do utraty kontroli nad większością ziem w Azji Mniejszej.

Krzyżowcy w pościgu za Seldżukami

W roku 1086 Sulajman wyprawił się na Syrię rządzoną przez brata Malikszaha, Tutusza. Celem Sulajmana był podbój tych ziem, jednak w trakcie wyprawy sułtan poniósł śmierć. Jego spadkobierca, Kilidż Arslan I, właściwy bohater naszej opowieści, urodzony w 1079 roku, miał dopiero siedem lat. Wkrótce został on zakładnikiem Wielkich Seldżuków na ich dworze w Istfahanie. Samozwańczy sułtanat stworzony przez jego ojca uległ dość szybko po rozczłonkowaniu. Gdy pod koniec roku 1092 młodemu Kilidżowi Arslanowi odzyskać wolność, wskutek niepokojów wewnętrznych po śmierci Malikszaha. jego ojcowizna ograniczała się jedynie do Nikei. Młody sułtan miał dopiero trzynaście lat, gdy rozpoczął swoją walkę o odzyskanie ojcowizny.

Następca pierwszego sułtana Ar-Rumu był osobą energiczną. Wkrótce mianował się sułtanem. Stopniowo odzyskiwał ziemie utracone po

śmierci ojca posługując się przy tym nie tylko działaniami wojennymi, ale także zabójstwem i podstępem. Wykazał się przy tym dużą stanowczością, pozbywając się niemalże wszystkich, których ambicje były sprzeczne z jego polityką. Kilka miesięcy przed pojawieniem się krzyżowców zaprosił on na ucztę do Nicei ojca swej żony, emira Smyrny (dziś Smir), Czakę, którego (po uprzednim upiciu) własnoręcznie, podobno zasztyletował. Kilidż Arslanowi sprzyjała chwila. Konflikt między jego seldżuckimi kuzynami o schedę po śmierci Malikaszaha, powodował, że nie angażowali się w sprawy Anatolii. Przed 1097 rokiem sułtanat Ar-Rumu był najsilniejszym i najrozleglejszym tureckim państwem w Azji Mniejszej.

Powstanie sułtanatu Ar-Rumu na terytorium Anatolii drastycznie pogorszyło sytuację w Cesarstwie Bizantyjskim. Turcy zagarnęli najważniejszę prowincją, a dodatkowo znaleźli się niebezpiecznie blisko Konstantynopola. Kolejni cesarze nie mieli ani sił, ani środków, by odzyskać Azję Mniejszą. Wysyłali więc posłów z błaganiem o pomoc do papieża w Rzymie oraz ważniejszych władców chrześcijańskiej Europy. Początkowo apele Konstantynopola nie spotkały się ze spodziewanym odzewem. Dopiero papież Urban II (1088-1099) podjął bardziej stanowcze działania. W początkach 1095 roku pojawiło się u niego wielkie poselstwo basileusa Aleksego Komnena z prośbą o pomoc. Aleksemu chodziło o posiłki wojskowe, tymczasem Urban II planował ogłoszenie krucjaty, której celem nie miała być pomoc Bizancjum, a odzyskanie Ziemi Świętej. Kiedy 28 listopada 1095 roku na synodzie we francuskim Clermont papież zwrócił się z apelem o ratowanie Romanii i Ziemi Świętej spod jarzma tureckiego, nikt nie spodziewał się zbyt entuzjastycznego odzewu. Wiele czynników złożyło się na to, że zachód podjął ideę krucjaty.

Bitwa pod Dobryleum

Nim jednak sprawne oddziały zachodnioeuropejskiego rycerstwa dotarły do Konstantynopola, idea wyzwolenia Grobu Świętego przywiodła tam latem 1096 roku nieprzebrane tłumy chrześcijan. W skład tej krucjaty ludowej wchodzili plebejscy ochotnicy, biedni mieszczanie, biedne rycerstwo i pospolici przestępcy. Wszystkich ich łączył zapał i fanatyzm religijny podsycany przez licznych wędrownych kaznodziei, takich jak Piotr z Amiens zwany pustelnikiem czy Walter Bez Imienia. Wśród uczestników tejże krucjaty były tysiące kobiet, starców i dzieci. Cała ta kilkudziesięciotysięczna hałastra bardziej przypominała koczownicze plemię ciągnące przez stepy z całym dobytkiem, niż zorganizowaną armię. Cesarz Aleksy obawiając się o bezpieczeństwo własnych poddanych pospiesznie przeprawił przybyszy z zachodu przez Bosfor.

W początku sierpnia krucjata ludowa dotarła do ufortyfikowanego wcześniej obozu, nazywanego przez Greków Kibitos a przez krzyżowców Civetot. Obóz oddalony był zaledwie o dzień marszu od Nicei. Miała to być baza wypadowa dla spodziewanego rycerstwa zachodniego, tym czasem stała się niejako jaskinią zbójców. Jak zapisał kronikarz sułtanacie Damaszku Ibn al-Kalanisi zaczęły napływać liczne wieści o pojawieniu się armii Franków, nadciągających nieprzeliczoną rzeszą (Ľniepokój i lęk. Doniesienia te potwierdzono królowi Kilidż Arslanowi, którego terytoria leżały najbliżej nieprzyjaciela.

Doświadczenia z wcześniejszych walk z najemnikami zachodnioeuropejskimi pojawiającymi się w Azji Mniejszej napawały wszystkich obawą. Sam Kilidż Arslan mógł ich pamiętać, gdyż pojawiali się w Anatoli jeszcze przed jego narodzeniem, jednakże ich groźny obraz odmalowywali przed nim starsi emirowie. Obraz zbliżającej się armii przekazywany przez szpiegów sułtańskich do Nikei budził jednak zdziwienie młodego sułtana. Wielotysięczny tłum Franków z krzyżami naszytymi na plecach całkowicie nie odpowiadał obrazowi zachodnioeuropejskich najemników jaki pamiętano. Uczestnicy krucjaty ludowej gdy już znaleźli się na terenie Azji Mniejszej poczynali sobie swobodnie, grabiąc i plądrując podległe Turkom tereny. Civetot stało się wręcz gniazdem rozbójników. W połowie września część krzyżowców dokonała śmiałego wypadu pod samą Niceę. Frankowie spalili okoliczne osady i zniszczyli oddział turecki wysłany przeciwko nim. Inny oddział zajął znienacka niewielką twierdzą Kserigordon. Kilidż Arslan natychmiast zebrał swoje oddziały i zniszczył zamkniętych w dopiero co zdobytym zamku Franków. Do obozu w Civetot wysłał natychmiast swoich szpiegów, którzy rozsiewali fałszywe pogłoski o nowym wielkim zwycięstwie krzyżowców- zdobyciu Nicei. Pozostali Frankowie natychmiast wyruszyli w drogę, aby zagarnąć łupy, gdy tymczasem Kilidż Arslan I szykował zasadzkę. Wprawdzie ocaleni z masakry w Kserigordon dotarli szybko do obozu, jednakże nie pokrzyżowali planów tureckiego sułtana. Zamiast udać się po łupy, krzyżowcy wyruszyli o świcie 21 października ĽJednakże na wzgórzach otaczających Civetot już czekali jeźdźcy sułtana Ar-Rumu. Na znak sułtana tysiące Turków uderzyło na będących pięć kilometrów od obozu, niespodziewających się niczego Franków. Nieliczni ocaleni z pogromu uciekli do Civetot, zaś dalej nękani przez Turków schronili się w starym, zdewastowanym zamku. Kalidż Arslan nie chcąc niepotrzebnie ryzykować zaniechał szturmu. Flota bizantyjska ewakuowała tych nielicznych, którzy przetrwali. Z ponad dwudziestu tysięcy przeprawionych do Azji Mniejszej uczestników krucjaty ludowej uratowało się zaledwie dwa-trzy tysiące.

Koniec października był dla Kilidż Arslana czasem prawdziwego tryumfu. Zniszczył on bez większych problemów budzących powszechną grozę Franków. Ten sukces uśmierzył czujność sułtana do tego stopnia, że niewiele robił sobie z nadsyłanych w ciągu zimy przez własnych szpiegów w Konstantynopolu informacji o nadciąganiu do stolicy cesarstwa nowych oddziałów Franków- prawdziwej krucjaty rycerskiej. Sam Kilidż Arslan I odnosił się wtedy do krzyżowców z pogardą, wszystkich oceniając przez pryzmat zgrai przyprowadzonej przez Piotra Pustelnika. Prawdopodobnie sami informatorzy utwierdzali go w przekonaniu o słabości krzyżowców, przekazując mu zbyt przesadzone relacje o sporach między cesarzem Aleksym a zachodnimi baronami. Rzekome zażegnanie niebezpieczeństwa od strony zachodniej pozwoliło władcy Ar-Rumu na zaangażowanie sił przeciwko swemu groźnemu wrogowi- Malikowi Ghazi Kumusztakinowi Daniszmendowi. O niedocenianiu zagrożenia przez Kilidż Arslana świadczy dobitnie fakt, iż pozostawił on w Nikei swą żonę wraz z dziećmi i większością skarbca, prócz tej jego części, którą stale woził przy sobie. W mieście pozostał także niewielki garnizon. Jego kolejny adwersarz był jednym z dowódców seldżuckich, którzy ugruntowali swą pozycję wskutek wydarzeń po bitwie pod Manzikertem. Wykorzystując sytuację następującą w Anatolii po śmierci Sulejmana udało mu się zająć jej północno-wschodnią cześć. Sam Daniszmend był założycielem emiratu Daniszmendydów. Jego przydomek był perskim terminem oznaczającym osobę światłą, mądrą, uczonego teologa. W przeciwieństwie do współczesnych sobie władców tureckich emir Malik Ghazi potrafił czytać i pisać. Jego państwo rządzone było teokratycznie. Było to jedyne państwo w historii Islamu rządzone przez ghazih- Ľ

Gdy w początkach 1097 roku Daniszmend obległ Malitenę (dziś tureckie Malatya), rządzoną przez Gabriela armeńskiego, Kilidż Arslan popędził na wschód ze swymi jeźdźcami. Nie mógł on dopuścić by jego zawzięty wróg odniósł kolejne zwycięstwo, wzmacniając tym samym swoją pozycję. Oddziały sułtana rozłożyły się obozem nieopodal oblegających Malitenę wojsk daniszmendydzkich. Gdy w końcu kwietnia 1097 roku sułtan przygotowywał swoje oddziały do ostatecznego uderzenia na wroga do obozu dotarł goniec z wiadomością, że Frankowie ponownie przekroczyli Bosfor. Kilidż Arslan mając w pamięci swój ubiegłoroczny sukces zlekceważył te wieści. Jedynie po to, by uspokoić swą żonę oraz mieszkańców swej stolicy wysłał posiłki- kilkuset jeźdźców.  Tymczasem wojska chrześcijańskie, które w końcu kwietnia 1097 roku znalazły się w obozie w Pelekanonie na wybrzeżu Azji Mniejszej w niczym nie przypominały ubiegłorocznej zgrai. Przede wszystkim byli to wojownicy z prawdziwego zdarzenia, którzy reprezentowali najwyższy standard ówczesnego uzbrojenia zachodnioeuropejskiego. Wprawdzie wśród uczestników nie było zachodnioeuropejskich władców, jednakże nie brakowało wielkich panów i sławnych rycerzy. Także pod względem liczebności armia ta prezentowała się imponująco. Ówcześni kronikarze w swej nieposkromionej fantazji szacowali te siły nawet na sześćset tysięcy ludzi. Wprawdzie wartość ta jest oczywiście przesadzona, nie umniejsza to jednak faktu, że rzeczywista liczba była, jak na owe czasy, imponująca. Współcześni badacze szacują ilość uczestników tej wyprawy na około 7000 konnych i 60000 pieszych. Dodatkowo liczbę tę powiększały rzesze pielgrzymów, także kobiet i dzieci, którzy pragnęli ujrzeć Ziemię Świętą. Nowoprzybyła krucjata była zagrożeniem nieporównywalnie większym od ubiegłorocznej. Dodatkowo oddziałom zachodnioeuropejskim towarzyszyły wojska bizantyjskie. Sułtan jednak nie zdawał sobie sprawy z prawdziwej skali zagrożenia.

Tymczasem jego państwo miało stać się pierwszą ofiarą krzyżowców. Wędrujący w kierunku Jerozolimy, celu ich wyprawy, nie mogli sobie pozwolić na pozostawienie na tyłach większych twierdz przecinających drogi zaopatrzeniowe z Bizancjum. Już 6 maja pierwsze oddziały Franków stanęły pod Nikeą. Miasto to, leżące na wschodnim krańcu Jeziora Askaniańskiego było silnie ufortyfikowane. Jego mury, liczące łącznie ponad sześć kilometrów długości, wzmacniało dodatkowo dwieście czterdzieści wież. Jednakże rozlokowany w mieście garnizon nie był wystarczająco silny, by stawiać zbyt długo opór oblegającym. Miasto zamieszkane było w większości przez ludność prawosławną, pamiętającą jeszcze łaskawe rządy bizantyjskie. To wszystko powodowało, że los stolicy sułtanatu Ar-Rumu był niepewny. Uświadomił to sobie jasno Kilidż Arslan w początkach maja, gdy wieść o oblężeniu dotarła do jego obozu. Niepewność dosięgła zapewne wszystkich wojowników. Sytuacja młodego władcy była nie do pozazdroszczenia. Wycofanie się spod Maliteny oznaczało oddanie jej w ręce Daniszmenda, pozostanie mogło oznaczać utratę własnej stolicy. Sułtan po naradzie ze swymi najwierniejszymi dowódcami, spotkał się ze swym adwersarzem. W rozmowach z emirem młody sułtan wskazywał na groźbę, jaką stanowią krzyżowcy dla wszystkich muzułmanów. Zawarto rozejm, dzięki któremu Kilidż Arslan I mógł skierować wszystkie siły na zachód.

Oblężone miasto z niecierpliwością oczekiwało swego władcy. Po nieudanych próbach przebicia się wspomnianego oddziału posiłkowego, dowódcy garnizonu szukali możliwości oddania miasta w ręce Bizantyjczyków. Jednakże wieści o nadciąganiu całości sił z sułtanem na czele doprowadziły do zerwania negocjacji. Armia sułtańska przybyła pod Nikeę około 21 maja. Kilidż Arslan zobaczył miasto, które pozostawił mu ojciec, otoczone przez niezliczone zastępy Franków, przeważające liczebnie jego własne oddziały. Pomimo rad emirów, aby wycofać się w głąb kraju, sułtan postanowił przebić się do miasta. Atak przeprowadzono od południa, gdzie, jak się wydawało oblegający, byli najsłabsi. Zażarta bitwa trwała cały dzień, ale pomimo poważnych strat Turkom nie udało się przebić. Sułtan i jego najbliżsi doradcy nie spodziewali się takiego obrotu spraw. W ubiegłorocznych zmaganiach Frankowie dość łatwo ulegali jeźdźcom tureckim. W tej bitwie Turcy zastosowali swoją tradycyjną taktykę, polegającą na ataku poszczególnych linii konnych łuczników, które po wypuszczeniu strzał w kierunku przeciwnika ustępowały, czyniąc miejsce kolejnym liniom. Dopiero po odpowiednim przerzedzeniu przeciwnika przystępowano do jego ostatecznej eliminacji w walce wręcz. Taktyka koczowników była skuteczna na wschodzie. Teraz jednak strzały okazywały się mało skuteczne przeciwko opancerzonym wojownikom z zachodu. W walce wręcz lekkozbrojni jeźdźcy tureccy posługujący się szablami, ulegali masie ciężkiej jazdy europejskiej. We znaki dawało się także lepsze indywidualne wyszkolenie rycerstwa. Mimo to, ofiary po obu stronach były wysokie. Kilidż Arslan zrozumiał, że nie jest w stanie udaremnić przybyszom planów zajęcia Nikei. Zresztą dla niego, wodza koczowniczego narodu utrata samej tylko stolicy nie była tragiczną perspektywą. Władzę swą i tak opierał na tych kilku tysiącach oddanych mu wojowników, których miał przy sobie. Po zapadnięciu zmroku, który przyniósł ostatecznie kres całodniowym zmaganiom, Kilidż Arslan I zarządził odwrót. Nigdy już nie dane było mu ujrzeć tego miasta. Wkrótce zresztą przeniósł swą stolicę do Konyi położonej na południowy wschód od Nikei.

Jeszcze przed odwrotem przekazał obrońcom posłanie, w którym uprzedzał ich o swej decyzji i doradzał, aby działali dalej zgodnie z własnym interesem. Jak zapisała Anna Komnena, córka cesarza Aleksego, Kilidż Arslan (Ľmoc Celtów. Oblężeni z trwogą wspominali okrucieństwo Franków, którego doświadczyli w minionym roku. Zresztą zaraz po bitwie z wojskami Kilidż Arslana krzyżowcy potwierdzili obawy mieszkańców Nikei. Otóż jak relacjonuje Anna Komnena po swym zwycięstwie Frankowie nadziali na włócznie wiele głów poległych żołnierzy i niosąc je jak chorągwie, powracali tak, żeby barbarzyńcy przestraszyli się klęski poniesionej z samego początku i stracili zapał do walki. Zamiar łacinników nie ziścił się w pełni. Nikejczycy wprawdzie poddali się, ale swój los oddali w ręce bazyleusa, który ze swymi oddziałami, składającymi się w większości z tureckich najemników, przebywał pod miastem. Tak więc, gdy rankiem 19 czerwca po ponad siedmiu tygodniach oblężenia Frankowie szykowali się do ostatecznego szturmu na miasto, ich oczom ukazały się błękitno-złote proporce cesarskie, powiewające na murach. Wywołało to ich zdumienie i oburzenie. Spodziewali się w Nicei zdobyć ogromne łupy, tymczasem oddziały bazyleusa po wkroczeniu do miasta skutecznie uniemożliwiły jakąkolwiek grabież. Dodatkowe obrzydzenie wywołał w nich sposób, w jaki Aleksy potraktował zwyciężonych. Jak pisze anonimowy uczestnik wyprawy Cesarz (Ľ[mieszkańcy Niekei] swobodnie i bez lęku udali się do niego do Konstantynopola, i to z całym zaufaniem. Hojność cesarza, który obdarował nie tylko wodzów krucjaty, ale wszystkich jej uczestników doprowadziła do pewnego złagodzenia wrogości Franków wobec Aleksego.

Niewątpliwie zachowanie bazyleusa było jakimś pocieszeniem dla Kilidż Arslana. Mieszkańcy jego stolicy, przede wszystkim jednak jego młoda żona i tureccy dygnitarze, zostali ocaleni. Wszyscy urzędnicy dworscy oraz wyżsi dowódcy zwolnieni zostali zaraz po wpłaceniu okupu. Sułtańska małżonka wraz z dziećmi, w tym z nowo narodzonym synem, wysłana została z królewskimi honorami do Smyrny, rządzonej przez jej brata. Zawiozła mu ultimatum cesarza, które głosiło, że młody emir albo uda się wraz z siostrą w góry Anatolii do Kilidż Arslana, albo jego miasto zostanie zaatakowane od morza. Nie mając praktycznie wyjścia, syn Czaki wraz z siostrą opuścił miasto i wkrótce połączył się z sułtanem Ar-Rumu. Los Smyrny podzieliły także inne miasta tureckie na wybrzeżu Azji Mniejszej. Tak więc wkrótce po upadku Nikei całe egejskie wybrzeże, wszystkie wyspy oraz zachodnia część Azji Mniejszej znalazły się w rękach bizantyjczyków. Wkrótce po upadku dotychczasowej stolicy swego sułtanatu Kilidż Arslan udał się na wschód i zaszył się z ocalałymi wojskami w górach. Wkrótce zaczął przygotowywać się do podjęcia dalszej walki. Jak pisze damasceński kronikarz Ibn al-Kalanisi (Ľochotników i głosić obowiązek dżihadu. (Ľna jego apel. Pierwszym poważnym sojusznikiem stał się niedawny jeszcze przeciwnik- Daniszmend. Stary emir, będący zarazem żarliwym muzułmaninem i wytrawnym politykiem, zdawał sobie doskonale sprawę, jakie niebezpieczeństwo dla całego świata muzułmańskiego stanowili Frankowie. Wkrótce armie obu wodzów połączyły się. Dołączyły do nich także oddziały wasala Kilidż Arslana I, emira Turków kapadockich- Hasana. W połowie czerwca siły te skierowały się na zachód, gdzie oczekiwały pierwszej nadarzającej się okazji do zadania ciosu.

[powrót]